środa, 16 stycznia 2013

Jak zostaliśmy państwem Ha

A było to tak. Polacy aby wjechać na Tajwan w celach turystycznych nie potrzebują wizy - pobyt do 90 dni jej nie wymaga. Oczywiście w naszym przypadku, z perspektywą trzech lat, wyglądało to zupełnie inaczej. Celem było otrzymanie ARCa - Alien Resident Certificate - czyli karty stałego pobytu, ważnej rok, później odnawianej. Z tą kartą można załatwić wszystkie sprawy urzędowe, bankowe itp. Aby dostać ARCa, należy wcześniej mieć Resident Visa. Aby z kolei otrzymać Resident Visa, trzeba mieć powód, aby być na Tajwanie dłużej niż te turystyczne 90 dni. I tu dochodzimy do początku historii...

Początkiem początków była oczywiście propozycja, aby Ewelina podjęła studia doktoranckie na tajwańskim National Chiao Tung University. To - oraz masa różnych dokumentów - pozwoliło wjechać Ewelinie na teren Republiki Chińskiej. To w skrócie, natomiast moją procedurę opiszę ze szczegółami.

Moim powodem przebywania na Tajwanie jest "połączenie się z rodziną". Aby to osiągnąć, musiałem przedstawić przede wszystkim oryginał aktu małżeńskiego ostemplowany przez MSZ (co jakoby gwarantuje ich autentyczność) wraz z tłumaczeniem przysięgłym tegoż, następnie również ostemplowanym przez MSZ. Te dokumenty Biuro Gospodarcze i Kulturalne Tajpej legalizuje, czyli nakleja bardzo ładną nalepkę mówiącą, że gwarancja autentyczności wydana przez MSZ jest autentyczna. Do tego cały zestaw standardowych dokumentów - wniosek wizowy z danymi osobistymi, zdjęcia, bilet wjazdowy, paszport i badania lekarskie. Teraz mogę być pewien, że nie mam kilku nieprzyjemnych chorób ;)
Stwierdzenie autentyczności oraz autentyczności autentyczności
Całość złożyłem w wyżej wspomnianym Biurze i po trzech dniach odebrałem piękną wizę wklejoną w moim dziewiczym paszporcie. Na marginesie - Biuro pełni funkcję tajwańskiego konsulatu/ambasady, ale ponieważ Tajwan nie jest uznawany przez Polskę (ani większość świata) za suwerenne państwo, jest z nazwy tylko biurem.

Informacja wydrukowana na wizie mówi, że w ciągu 15 dni od wjazdu na Tajwan należy udać się do lokalnego biura obsługi Narodowej Agencji Imigracyjnej i złożyć wniosek o ARC, co uczyniłem. Ponownie wypełniłem wniosek z danymi osobowymi i celem pobytu, pan urzędnik przystawił na nim cztery rodzaje pieczątek w siedmiu miejscach (nie żartuję!) i kazał przyjść za dwa tygodnie. 7 stycznia odebrałem ARCa i zostałem legalnym imigrantem.
Alien Resident Certificate
źródło: ROC National Immigration Agency przez Wikimedia Commons, Public Domain

Najciekawszym elementem wniosku - i ARCa - jest chińskie imię. W świecie chińskim nazwiska są mało zróżnicowane - na Tajwanie ponad połowa ludzi ma jedno z 10 najpopularniejszych nazwisk, a 96% osób - jedno ze 100 (Wikipedia). To imiona różnicują ludzi. I należy pamiętać, że nazwisko stawiane jest przed imieniem. Niby o tym wiedziałem, ale dopiero kiedy przeczytałem to czarno na białym w "Historii Chińczyków" - magazynie Polityki, który szczęśliwie wyszedł tuż przed wyjazdem Eweliny - uświadomiłem sobie, że właśnie tak jest w przypadku Czang Kaj-szeka, Hu Jintao, Mao Zedonga, Deng Xiaopinga - to na początku to nazwisko. Nazwiska są prawie wyłącznie jednosylabowe, imiona - zwykle dwu-. Wyobraźcie sobie zatem zmieszanie urzędniczki Agencji Imigracyjnej, kiedy przyszła do niej "Ewelina Dominika Czerniec-Michalik" :) Pani kombinowała, kombinowała, kilka razy pytała "Jeszcze raz, jak to się wymawia?", wpierw zaproponowała nazwisko "Chen" (najpopularniejsze na Tajwanie - od Czerniec), ale Ewelinie się nie spodobało, w końcu wpadła na "Ha" (od Michalik - "To jest mało popularne!") i tak zostałem mężem "Weilin Ha".
Ha Weilin
W moim przypadku było o tyle prościej, że "Adam" jest ogólnie znane (pan spytał "Like in the Bible?"), a nazwisko było już ustalone, więc musiałem tylko poprosić, że chcę się nazywać tak jak żona :P W ten sposób zostałem "Adamem Ha", a raczej "Ha Adamem".
Ha Adam
Swoją drogą, we wniosku o ARC była jedna rubryka na wpisanie "Full name", więc wpisałem oczywiście "Adam Lech Michalik". No i w systemie mam na nazwisko "Adam", a reszta to imiona. Mam nadzieję, że nie ma to szczególnego znaczenia.

Ostatnim elementem do pełni tajwańskiej tożsamości jest pieczątka z imieniem i nazwiskiem. Służy ona do podpisywania czerwonym tuszem wszystkich dokumentów - zamiast odręcznego podpisu. Dziś wyrobiłem swoją - zakłady z pieczątkami są częste, mają zwykle duży neon z kluczykiem, ale w środku są właśnie masy pieczątek - zaczynając od najprostszych, drewnianych, przez plastikowe, silikonowe, ze szlachetnego drewna, kamienia i nefrytu po kość słoniową.

czwartek, 10 stycznia 2013

Lake Placid

Na kolejne dwa odcinki "Wypadu sylwestrowego" będziecie musieli poczekać, bo pod koniec pierwszego dnia padła nam bateria w aparacie i musimy pozbierać zdjęcia od znajomych. A tymczasem...

W Hsinchu znajduje się jedno z największych centrów produkcji półprzewodników na świecie - Hsinchu Science and Industrial Park. Jest to cała dzielnica biurowo-przemysłowa z fabrykami mikroprocesorów, półprzewodników i innej elektroniki. Swoje biura i zakłady mają tutaj m.in. Acer, Logitech, Philips, Lite-On, Realtek i wiele innych. Jest tu również siedziba i fabryka TSMC - największej na świecie firmy zajmującej się wyłącznie produkcją półprzewodników. Wielu producentów układów scalonych (m.in. AMD, NVIDIA, VIA, część układów Intela) zleca produkcję właśnie TSMC. Sam Science Park jest z jednej strony tą porządniejszą dzielnicą Hsinchu - nową, z nowymi budynkami, chodnikami przy ulicach (na ten temat narzekałem na początku), zadbaną zielenią, z drugiej strony większość budynków to posępne, martwe molochy. Szczegółowy rekonesans jeszcze przede mną, więc na pewno napiszę na ten temat więcej, dziś natomiast trochę zdjęć z samego skraju Science Parku, po drugiej stronie wzgórza za naszym domem.

Pośród nowych bloków wybudowano sztuczne jezioro - Lake Placid. Główne miejsce spacerowe dla całych rodzin i dla nas, pewnego popołudnia.

W jeziorze pływają ryby i... żółwie

Lake Placid

Wysepka na środku
Na wysepce


niedziela, 6 stycznia 2013

Wypad sylwestrowy - dzień 1 - Park Narodowy Taroko

Jeszcze przed moim przyjazdem na Tajwan, Ewelina przesłała mi od swoich znajomych propozycję wypadu weekendowo-sylwestrowego. Ponieważ w planie było kilka najpiękniejszych miejsc północnego Tajwanu - o czym zaraz się przekonacie - bardzo oboje zapaliliśmy się do tego pomysłu i nie mogliśmy się doczekać przedsylwestrowej soboty. Niestety, w świątecznym międzyczasie dopadło nas przeziębienie i trochę się baliśmy czy będziemy mogli pojechać, ale na szczęście jako-tako (z dokładnością do okresowego smarkania i pokasływania) wydobrzeliśmy.
Cała wycieczka była absolutnie genialnie zorganizowana przez +Sudhakar Narra (koordynator grupy, rozsyłacz informacji, planista harmonogramu i naczelny organizator) i +Mei-yi Tzeng (załatwianie hoteli i innych kontaktów lokalnych, pomoc w dogadywaniu się po chińsku, zabieranie nas na jedzenie, picie i do różnych fajnych sklepików). Wszystko było dopięte perfekcyjnie na ostatni guzik, wiadomo było czym, dokąd i kiedy jedziemy, gdzie i co jemy, co warto zobaczyć, no absolutna rewelacja.
Zbiórka nastąpiła o 5 rano w sobotę przed campusem NTHU, skąd odjeżdżają autobusy międzymiastowe do Tajpej. Grupa liczyła 13 osób, w tym nasza polska trójka (ja, Ewelina i +Ewelina Dutkiewicz). Przysypiając, dojechaliśmy po godzinie do Tajpej, skąd złapaliśmy pociąg do Hualien. Niestety, Tajwańczycy chyba też wpadli na pomysł spędzenia długiego weekendu poza domem, bo wszystkie miejsca były zajęte i całą dwuipółgodzinną drogę jechaliśmy podsypiając na stojąco. Na miejscu czekał na nas busik, który miał być do naszej dyspozycji przez najbliższe dwa dni.
Po zgarnięciu czegoś do jedzenia i picia (z tym nigdy nie ma problemu na ulicach) ruszyliśmy do naczelnej atrakcji wyjazdu i jednego z piękniejszych miejsc Tajwanu - parku narodowego Taroko. Obejmuje on przede wszystkim niesamowity wąwóz rzeki Liwu wyryty w marmurze i wapieniu oraz szlaki w otaczających górach. Dolina schodzi aż do oceanu, ale góry wznoszą się na 2000 - 3000 m n.p.m. Aby wybrać się w boczne szlaki trzeba złożyć pisemny wniosek i otrzymać pozwolenie, natomiast wzdłuż rzeki wiedzie droga (Central Cross-Island Highway), którą porusza się większość turystów i to zupełnie wystarczyło naszej grupie na ten jeden dzień (zresztą zdobycie pozwolenia wcale nie jest trywialne).
Wycieczkę zaczęliśmy od Visitor Center, mieszczącego się trochę na wzniesieniu ponad ujściem doliny. Obiegliśmy ekspozycję opowiadającą o historii i geologii regionu, ale nie chcieliśmy tracić zbyt wiele czasu i ruszyliśmy do "the real thing".
Widok w górę doliny z tarasu Visitor Center
Ruszyliśmy busikiem w górę, mijając Eternal Spring Shrine. Mieliśmy się pod nim zatrzymać wracając, ale wtedy byliśmy tu już po zmroku i zaczęło padać, więc teraz rano był jedyny moment, kiedy widzieliśmy tę niesamowitą świątynię w oddali na zboczu góry.
źródło: Wikimedia Commons, licencja Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, autor AngMoKio
Pierwszym przystankiem był Buluowan. Mieści się tam wystawa sztuki i rękodzieła lokalnych plemion zamieszkujących okolice Taroko. Buluowan znajduje się na zboczu, więc można też mieć piękny widok w dół i górę doliny oraz na otaczające góry.
Paproć drzewiasta z Buluowan
Kolejnym etapem był ok. półgodzinny spacer w najwęższym odcinku wąwozu, wzdłuż stromych górskich zboczy. Zaczęliśmy od Swallow Grotto - miejsca, gdzie rzeka wyżłobiła w skałach zagłębienia przypominające gniazda jaskółek. Miejscami odległość między przeciwnymi skalistymi ścianami doliny to mniej niż 10m. Następnie droga prowadzi przez Tunnel of Nine Turns - przy niemal pionowych ścianach gór a czasem w wykutych w skale tunelach. W dole mętna od wapienia, błękitna woda malowniczo przeciska się między gigantycznymi głazami marmuru.
Początek Swallow Grotto Trail, spojrzenie w dół rzeki
Most jest już częścią szlaku wymagającego pozwolenia na poruszanie się po terenach parku
Woda tryska ze skał
Górny kraniec Tunnel of Nine Turns
Po dotarciu do punktu, gdzie wąwóz znów się rozszerza wsiedliśmy w czekający na nas busik i ruszyliśmy do najdalszego punktu naszej wycieczki (leżącego w połowie szerokości parku) - Tianxiang i świątyni Xiangde. To świątynia buddyjska wybudowana na skale ponad doliną, wraz z sześciopiętrową (po tajwańsku - siedmiopiętrową, bo parter jest pierwszym piętrem) pagodą i białym pomnikiem Guanyin.
Pagoda i posąg Guanyin. Instalacja ze swastyką to górna stacja kolejki zaopatrującej świątynię.
Posąg Guanyin
Szlak prowadzi wiszącym mostem. Pod kwiatem lotosu siedzi mniszka.
Brama otwierająca szlak w górę do świątyni.
Hodowla storczyków...
... i krotonów
W drodze na górę.
Świątynia buddyjska z najwyższego piętra pagody. Widok w kierunku doliny był zbyt przerażający, żebym się odważył robić zdjęcia ;) Za dużo przestrzeni na raz.
Kiedy schodziliśmy ze wzgórza, słońce się schowało za szczyty i zaczęło padać, więc z przyjemnością zasiedliśmy w busiku i - przysypiając po długim i pełnym wrażeń dniu - pozwoliliśmy się zawieźć do Hualien. Tam zahaczyliśmy jeszcze o night market, zaopatrując się w coś dobrego na kolację (sushi, ziemniaczane kulki z mięsem i herbata) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
źródło: Wikimedia Commons, licencja Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, autor Fred Hsu
Następna część: Wypad sylwestrowy - dzień 2 - Pacyfik, palmy, gorące źródła

czwartek, 3 stycznia 2013

Wizyta w Tajpej

Wydarzenia sprzed dwóch tygodni, ale dopiero miałem możliwość przygotować posta.
Hsinchu leży 80 km od Tajpej, stolicy Tajwanu. Możemy tam dojechać albo autobusem z centrum (kursują bardzo często i jadą autostradą, trwa to ok. 1 godziny, kosztuje 130 NTD) albo HSRem (sama podróż jest szybsza, 30 min., ale do stacji w Hsinchu trzeba dodatkowo dojechać i kosztuje 290 NTD). Ponieważ i tak ruszaliśmy spod kampusu NCTU, gdzie jest przystanek autobusów międzymiastowych, to HSR zostawiliśmy na inną okazję.
Dojechaliśmy o 3 po południu, do zmroku zostały ok. 3 godziny, więc nie nastawialiśmy się na jakieś wielkie zwiedzanie, raczej na pierwsze rozejrzenie się po mieście (pierwsze również dla Eweliny, która do tej pory była w Tajpej tylko dwa razy przejazdem). Terminal autobusowy jest tuż obok głównej stacji kolejowej, której gigantyczny budynek sam w sobie jest bardzo ciekawy.
Dworzec główny Tajpej

Jako cel numer 1 obraliśmy sobie Halę Pamięci Czang Kaj-szeka. Budynek jest otoczony pięknym parkiem (Park Wolności), do którego wchodzi się przez imponującą bramę. Po dwóch stronach wejścia zbudowano Narodową Salę Koncertową i Teatr Narodowy. Niestety, widok trochę psuł ustawiony na środku między nimi wielki namiot - akurat szykowano się do jakiegoś wydarzenia - może przed Nowym Rokiem? Sam budynek hali pamięci jest wspaniały, ale akurat trwa remont, który ma się ciągnąć jeszcze przez cały 2013 rok. Nie próbowaliśmy wchodzić do środka (biblioteka i muzeum Czang Kaj-szeka) - na pewno jeszcze tu wrócimy na dokładniejsze zwiedzanie - korzystaliśmy za to z dobrego światła do zdjęć.
Brama miejska
Sunset Boulvard? :P
Wejście do Parku Wolności
Gate of Great Centrality and Perfect Uprightness
(nawet nie będę próbował tłumaczyć na polski)
Narodowa Sala Koncertowa
Hala Pamięci
źródło: Wikimedia Commons, public domain
Celem numer 2 był - oczywiście - Tajpej 101. Widać go już z kładki przy dworcu i sprawia złudne wrażenie bycia nie tak daleko. Ale 500 metrowy budynek potrafi tak wyglądać z naprawdę sporej odległości, o czym się niestety dość prędko przekonaliśmy. Spod Hali Pamięci ruszyliśmy przed czwartą, obstawiając, że skoro go dobrze widać, to pewnie dojdziemy w jakieś pół godziny jak się sprężymy. No więc nie... Szliśmy i szliśmy, podziwialiśmy ulice stolicy (tu wszędzie są chodniki, na których nawet zwykle jest miejsce dla pieszych), ale Taipei 101 wcale nie robił się dużo większy.
W końcu dotarliśmy o 17, po ponad godzinie szybkiego marszu. Plus był taki, że trochę obejrzeliśmy miasto - nowoczesne, ruchliwe, metropolitalne. Minus - taki, że już zbliżał się zachód i stwierdziliśmy, że wjazd na górę zostawimy sobie na inną okazję, kiedy spokojnie będziemy mogli poświęcić na to dużo czasu. Wtedy też dopiero spodziewajcie się obszernego reportażu ;) Opstrykaliśmy za to budynek dookoła, weszliśmy do środka coś przekąsić (całe piętro dobrych knajpek), rozejrzeliśmy się po 5 piętrach  centrum handlowego (głównie marki luksusowe - Prada, Dior, wielki sklep Louis Vuitton itd.) i wyszliśmy jeszcze przejść się po zmroku. Wróciliśmy metrem pod dworzec główny i autokarem do Hsinchu.
Wydaje się na wyciągnięcie ręki... Odległość: 6 km.
Bądź widoczny na drodze
"Bilet" jednorazowy do metra w Tajpej
Wyjście z metra. I jak tu się dziwić, że Tajwańczycy są szczupli, skoro mają taką motywację?