Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

10 tajwańskich rzeczy, których nie wiecie

  1. Tajwańczycy nie witają się. Nie mówią sobie "cześć" lub "dzień dobry". Twierdzą, że wynika to z nieśmiałości, ale po prostu nie ma tu takiego zwyczaju. W praktyce wygląda to tak, że ktoś wchodzi do pokoju i mówi: szukam kogoś, albo chcę coś pożyczyć.
  2. Tajwańczycy są dumni ze swojej narodowości. W szkołach co tydzień odbywa się dzień flagi, podczas którego krzewi się patriotyzm. Podczas gdy my podśmiewamy się, że coś jest "made in Taiwan" oni śmieją się z Chin kontynentalnych, a to co jest tajwańskie jest uważane za porządne i dobrej jakości.
  3. Na Tajwanie nie jada się surowych warzyw, jedynie sparzone. Jedna pani, którą poznaliśmy w knajpie, goszcząca u siebie Polkę, jak usłyszała skąd jesteśmy, to stwierdziła: "wy jecie surowe warzywa", takim tonem jakby mówiła "wy jecie ludzkie mięso".
  4. Starsi ludzie są tu niezwykle pogodni i dbają o swoją kondycję. Często grupki dobrze dorosłych osób spotykają się w parkach i ośrodkach rekreacyjnych, żeby wspólnie poćwiczyć tai chi, jogę, albo pomedytować. Nie patrzą też wilkiem na młodych ani na takie dziwadła jak my, białasy.
  5. W wielu miejscach np. na szyldach można zobaczyć angielskie napisy, jednak są one często efektem zupełnie bezsensownego tłumaczenia.
  6. Na wyspie panuje moda na zdrowy tryb życia i odżywiania. Koledzy z przejęciem opowiadają dlaczego należy jeść konkretne produkty, często łykają też suplementy lub piją zdrowotne napoje.
  7. Woda jest lekarstwem na wszystko. Miejscowi piją duże ilości ciepłej wody i herbaty. Boli cię głowa? Jesteś chory lub zmęczony? Masz problemy z cerą? Pij wodę!
  8. Jeśli oczekujemy od Tajwańczyka pomocy, musimy się liczyć z tym że otrzymamy ją teraz albo nigdy. Pojęcie "później" nie istnieje.
  9. Tajwańczycy śmieją się głównie kiedy są zażenowani. Zwykle zachowują kamienną powagę, nawet kiedy sytuacja tego nie wymaga. Dlatego mają mało zmarszczek mimicznych ;)
  10. Przeciętny Tajwańczyk nigdy nie był za granicą, a jeśli już to odwiedził raczej Stany niż jakieś azjatyckie państwo.

sobota, 18 maja 2013

Bōlán

- Where are you from?
- Poland, Europe. Bōlán (波蘭).
To typowy mini-dialog, który odbywamy z tymi Tajwańczykami, którzy przełamią tremę i dystans. A nie jest ich mało - zdarza się, że zupełnie nieznajomi zagadują nas na ulicy. Czasem, zwłaszcza poza dużym miastem, gdzie pewnie jesteśmy jeszcze większą atrakcją, ktoś potrafi się wychylić z okna samochodu albo z drugiej strony ulicy krzyczeć "Hello!", czasem po prostu mijając nas ktoś powie "Hi!". Zdarzają się jednak dłuższe rozmowy i - to jest niesamowite - zawsze, kiedy mówimy, że jesteśmy z Polski, wywołuje to jakieś skojarzenia. Oto kilka scenek:

Zhudong - nieduże miasteczko na wschód od Hsinchu. Poszliśmy tam na spacer, wdrapać się na jakąś górkę. Koniec świata, wąska droga między wzgórzami, w końcu jeszcze węższa pod górę, między uprawami. Nikogo na horyzoncie. Weszliśmy, zobaczyliśmy widok, schodząc usiedliśmy na murku przy drodze i odpoczywamy. Po jakimś czasie z góry zjeżdża skuter (a jakże!) z parą ok. czterdziestolatków. Zatrzymują się, zagadują. Kiedy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski pytają "A znacie Krzysztofa [Polaka]?". Znamy, znamy. Okazuje się, że to wspólny znajomy. Mały świat.

Sun Moon Lake, świątynia Wen Wu. Para też koło czterdziestki, pani zagaduje mnie skąd jesteśmy, co tu robimy. Widząc, że wchodzimy po schodach z lewej strony świątyni, opowiada, że Tajwańczycy wchodziliby po prawej - stroną tygrysa, a schodzili po lewej - stroną smoka. Później pytają, czy chcemy, żeby nam zrobili zdjęcie i opowiadają jeszcze parę rzeczy o świątyni.

Stacja HSR w Hsinchu, wybieramy się do Singapuru. Pani po pięćdziesiątce kojarzy Polskę z papieżem. Pyta czy większość Polaków to katolicy i czy mamy jeszcze komunizm. Wyjaśniamy, że już ponad dwadzieścia lat jest demokracja.

Kaohsiung, drugie największe miasto Tajwanu, port na południowym końcu wyspy. Dwudziestoparoletnia dziewczyna zagaduje nas i parę znajomych, kiedy stoimy na przejściu dla pieszych. Na słowo "Polska" mówi "Dzień dobry! Dobrze, dobrze!" i opowiada, ze ma znajomą Polkę. Dopytuje co tu robimy, jak nam się podoba. Na koniec - bez narzucania się - wręcza angielskojęzyczną wersję "Strażnicy" i "Przebudźcie się!".

W indyjskiej knajpce, niedaleko nas, niesamowicie uprzejmy (tajwański) właściciel pyta nas na pożegnanie skąd jesteśmy. Na wieść, że z Polski, nuci "Poloneza A-dur" Chopina.

W akademiku Eweliny, tajwańska dziewczyna na korytarzu na wieść o Polsce mówi "No oczywiście, Kowalski [jakieś nazwisko, którego E. nie pamięta] to mój ulubiony piłkarz!". Inna osoba na "Poland" odpowiedziała "A, Warsaw, stolica!"

Wszystkie sytuacje, które się nam w ten sposób przytrafiły były niesamowicie sympatyczne i widać było prawdziwe, nienachalne zainteresowanie tutejszych ludzi. Za każdym razem, kiedy nas o to pytają, mówimy, że jesteśmy z Polski - niech wiedzą, że nie tylko z Ameryki (Měiguó) do nich przyjeżdżają, co jest często pierwszym skojarzeniem z białą twarzą.

wtorek, 14 maja 2013

O muzyce

Na Tajwanie młodzi ludzie słuchają głownie miejscowej muzyki - łagodnych "hymnowatych" ballad, popu lub różnych elektronicznych gatunków. Jednak najważniejsza tutaj jest cała otoczka towarzysząca gwiazdkom. Mają one niemal identyczny styl. Dziewczyny wykreowane są zazwyczaj na przesłodzone lolitki o ogromnych oczach (zasługa kolorowych soczewek) i wygładzonych fryzurkach, a chłopcy przypominają gwiazdy boysbandów z lat 90tych. Głosiki mają przeciętne, ale i tak są uwielbiani. Do najbardziej popularnych odmian azjatyckiej muzyki należy K-pop, czyli koreańskie disco - "Gangnam Style" zna chyba każdy. Oprócz tego, fenomenem na skalę światową są gwiazdy w stylu Hatsune Miku, czyli całkowicie sztucznie wykreowane postacie śpiewające dzięki komputerowemu syntezatorowi. Dają one nawet holograficzne koncerty.
Kluby serwują mieszankę muzyki azjatyckiej i zagranicznych przebojów. Nastawienie do cudzoziemców jest raczej pozytywne o czym świadczy zazwyczaj darmowy wstęp. Normalnie wejście nie jest tanie, za to wydane pieniądze można "odebrać" w barze w formie drinków. Zabawa jest dość spokojna, ludzie raczej podrygują niż tańczą w grupkach na parkiecie, mało kto pali, co jest oczywiście pozytywne. Około godziny pierwszej pojawia się na scenie atrakcja wieczoru, a mianowicie team tancerek, który odstawia balet do kilku kawałków. Ich każdy ruch i gest jest wystudiowany i doprowadzony do perfekcji. Mają skąpe stroje, ale się nie rozbierają, przynajmniej nie tam gdzie mieliśmy okazję być. Pod sceną ślinią się panowie (większość klubowiczów), ale chociaż nie ma żadnej barierki wszyscy trzymają ręce przy sobie - przestrzegają zasad. Dla odmiany biali faceci chcący poderwać miejscową dziewczynę mogą zarobić guza. Miejscowym nie podoba się zagraniczna konkurencja.


Taki styl panuje w stolicy

wtorek, 30 kwietnia 2013

Sweet like candy

Azja słynie z uwielbienia dla słodkich gadżetów - breloczków, futerałów na telefony i artykułów papierniczych. Panuje tu niesamowity kult Hello Kitty czy kota Doraemona. Motyw koci często pojawia się na nadrukach ubrań, a kocie uszka są na opaskach do włosów, kapeluszach i czapkach. Sympatię dla tego typu zabaweczek manifestują też panowie. Kolega, który ma biurko obok mnie posiada podkładkę pod myszkę ze zwierzakiem, na blacie trzyma malutkie doniczki z kwiatkami, a kluczyki do jego skutera zdobi pluszowy niedźwiadek. W czasie mocnego deszczu nosi płaszczyk do ziemi w drobną kratkę.


Moje zabaweczki

Z dedykacją dla Margo - kreska :) i kimmidoll


niedziela, 28 kwietnia 2013

Cukrowa czy żelazna?

Wyobraźmy sobie taką sytuację: wchodzi rodziciel do waszego pokoju i każe wam się zbierać, założyć przyzwoite ciuchy, ogolić itd. Zapowiada wizytę u swojego znajomego, gdzie, jak dowiadujecie się po drodze, zamieszkuje niewiasta z stosownym dla was wieku. Jest to tak zwany dobry dom, przyzwoici ludzie, ojciec trudni się dochodowym zajęciem, a matka należy do wspólnego kółka zainteresowań z waszą, i poza tym mieszkają blisko. Tak więc wszytko jasne, jak kandydatka wam się spodoba, tak samo jak rodzicom, to za tydzień będzie uroczystość... oczywiście ślubna, w dodatku wasza ;)
Pierwszy raz spotkaliśmy się z tym zjawiskiem, a chodzi oczywiście o swatanie. Zderzenie nastąpiło już w trakcie wypełniania ankiety o wizę. Jako, że moja udręka z dokumentami szła na pierwszy ogień, w trakcie uzupełniania okienek trafiłam na ciekawostkę, którą wysłałam do Adama z pytaniem: czy możesz w to uwierzyć - w tych czasach?
Okazuje się, że biznes dobierania par kwitnie w wielu miejscach Azji. Na obczyźnie poznaliśmy sporo osób, które albo uciekały od oczekiwań rodziny, zadręczane niemal co tydzień wizytami, a potem dopytywaniem rodziców o przemyślenia (głównie panowie), albo weszły w ten sposób w związki i twierdzą, że jest im z tym dobrze. Jednak czy można powiedzieć, że takie małżeństwo jest związkiem, czy jest to raczej układ polegający na wzajemnej wymianie usług, z tą różnicą, że ktoś jest do nas przywiązany kontraktem, "obowiązkami małżeńskimi" i oczekiwaniami rodziny? Możemy mieć więc większą pewność, że nas nie opuści, musi nas "wspierać", a jak umrzemy to nie zjedzą nas koty. Wszystko opiera się na wierze, że rodzice wiedzą co dla nas najlepsze, także potencjalny małżonek będzie lepszy niż ten z ulicy. W naszych głowach pojawiają się słowa protestu, że przecież to obcy człowiek, o którym często nic nie wiemy, jak mamy z nim przebywać, mieszkać, sprawić by był szczęśliwy. Tym bardziej, że większość osób wchodząca w takie małżeństwa nigdy nie miała partnera, a ich kontakt z płcią przeciwną ograniczony był do minimum. Nie wiedzą więc czego oczekiwać, ani też co mogą dać. Dla nas - niewyobrażalne, gdyż jedną z najważniejszych wartości jakim hołdujemy jest wolność i prawo wyboru.
Może to też wynikać z faktu, że w naszej kulturze najbliższymi osobami nie są dla nas rodzice, tylko przyjaciele i właśnie partnerzy. Rodzice coraz mniej czasu poświęcają swoim dzieciom, często ich nie znają, więc nie mają pojęcia czego poszukują one w związkach.
Tajwańczycy mają ścieżkę oczekiwań do wypełnienia, która polega na skończeniu studiów, pracy przez dwa lata, a potem założeniu rodziny. Śluby są pompatyczne, a najważniejsze w nich są sesje zdjęciowe osiągające kosmiczny poziom kiczu. Większość dziewczyn nie idzie na studia magisterskie, ponieważ wcześnie wychodzą za mąż, dlatego na NCTU krąży porzekadło, że 80% studentów to faceci, 10% kobiety, a pozostałe 10% - psy!
To takie słowo na niedzielę z okazji naszego święta :)
Fragment ankiety wizowej


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Klient nasz pan

Ludzie pracujący w obsłudze klienta na całym świecie powinni uczyć się od Tajwańczyków. Podobnie jak w innych krajach azjatyckich, na wyspie z niesamowitym szacunkiem podchodzi się do pieniędzy, pracy i ludzi, zwłaszcza takich od których jest się zależnym, czyli np. od klientów. W dobrym tonie jest podawanie zapłaty, czy to gotówki, czy karty, obiema rękami i prawie zawsze jest ona przyjmowana w ten sposób, często też z wyraźnym skinieniem głowy.
Przy zamawianiu czegoś do jedzenia możemy sobie wybrzydzać do woli. Życzyć ulubionego rodzaju przypraw, mleka, cukru itp. Jeśli dostaniemy coś, co nam nie odpowiada, możemy poprosić o modyfikację - podgrzanie, dosłodzenie. Możemy mieć pewność, że nasze życzenie zostanie spełnione natychmiast i bez mrugnięcia okiem, bez krztyny zniecierpliwienia, czy znudzenia. Do tego będziemy wielokrotnie przepraszani i jeszcze podziękują nam za czas oczekiwania. Czasem zdarzają się zabawne sytuacje, kiedy któreś z nas zbliża się do kontuaru, a za nim następuje szybkie przetasowanie i wyekspediowanie najodważniejszej lub najlepiej mówiącej po angielsku osoby, która obsłuży białasa.

Niedawno wybraliśmy się razem do fryzjera, gdzie obsługa stawała na głowie, żebyśmy tylko byli zadowoleni. Trzeba przy tym wspomnieć, że w tutejszych salonach wizyta nie polega tylko na myciu i strzyżeniu, ale często także na masażu pleców, masażu karku z gorącym okładem, a także na obowiązkowym i solidnym masażu głowy, zawsze dostaniemy też herbatę. Dlatego niezbędne okazało się zaangażowanie jednej z klientek, która siedząc z farbą na głowie posłużyła za tłumacza. Należało przecież ustalić czy odpowiada nam temperatura wody, nacisk podczas masażu, czy rodzaj odżywki. Mr. Ha zażyczył sobie mocnego masażu, którego pożałował, kiedy fryzjer przez piętnaście minut prawie wwiercił mu się do mózgu. Cóż, trza być twardym ;) Ciekawy jest też sam sposób strzyżenia, którego doświadczyłam w dwóch miejscach, a mianowicie najpierw podcinają na sucho, potem myją, suszą i znów strzygą na prawie suchych włosach. Kiedy obcinali mnie tu pierwszy raz, fryzjer był zachwycony faktem że mam nie-czarne włosy i bawił się z nimi prawie 2 godziny, a przyszłam w zasadzie obciąć końcówki. Należy jednak mieć się na baczności i nie dać sobie zrobić przecinki. O ile mocne przerzedzanie dobrze wygląda na grubych włosach miejscowych, to na naszych już niekoniecznie.

Jedynym miejscem gdzie tracę cierpliwość jest bank. Same godziny otwarcia są niezwykle dogodne, ponieważ banki obsługują od 9 do 15, a więc można tam zawitać w trakcie przerwy na lunch. Spodziewam się, że osoby pracujące w tej instytucji są po studiach wyższych, jednak zawsze jak podchodzę do obsługi, witam się i zapytuję, czy dana osoba włada "wspólnym dialektem". Zwykle spotyka mnie przerażone nieme spojrzenie. Milczenie oznacza przyzwolenie, a więc wyłuszczam sprawę, a mianowicie zwykle pragnę dokonać niezwykle skomplikowanej operacji przelewu. Pokazuję przy tym druczek z poprzedniej operacji i wtedy się zaczyna. Obsługująca woła na pomoc koleżankę i zaczynają dyskusję po chińsku, prawdopodobnie na temat tego czego też mogę chcieć. Po jakiś pięciu minutach pytam, czy jest jakiś problem i zostaję zignorowana. Po kolejnych trzech minutach panie proszą kolegę lub kierownika i.. zaczynają rozmawiać wszyscy razem, a ja tracę swój cenny czas. Po mojej kolejnej interwencji kolega pyta czego w zasadzie chciałam, prosi o dokumenty - ARC, paszport, książeczkę bankową (wcześniej nawet nie wiedziałam co to takiego, a teraz mam trzy) i po kolejnych pytaniach i narzekaniu na moje długie nazwisko operacja zostaje wykonana. Obsługa zawsze jednak mnie informuje, że zadzwoni do odbiorcy przelewu, żeby się upewnić, czy na pewno doszedł.
Rozwiązaniem tego typu problemu byłoby oczywiście skorzystanie z banku internetowego, co oczywiście nie jest takie proste. Sama procedura otwarcia konta to wyzwanie. Najpierw oczywiście musimy mieć szczęście i trafić na "mówną" osobę. W pierwszym banku pan z obsługi wyciągnął plik różnokolorowych zakrzaczkowanych papierów, wziął moją osobistą pieczątkę i przystawił ją w około 30 miejscach, kazał mi wymyślić dwa PINy - do książeczki i do karty (uwaga: sześciocyfrowe), a ja stałam oniemiała. Generalnie w ogóle mogłoby mnie tam nie być. Informacja dla zapobiegliwych jest taka, że wersje angielskie tych dokumentów nie są dostępne. Należy nauczyć się ufać ludziom... Zresztą, jak już wcześniej zostało wspomniane, tutaj ludzie są uczciwi, a kradzieże raczej się nie zdarzają. Wielkie było zaskoczenie pani w okienku, kiedy spytałam czy można by zmniejszyć limit wypłacania gotówki z bankomatu, bo w razie czego i tak dalej. Otóż nie można, bo karta zabezpieczona jest PINem i to wystarczy, a w ogóle nikt nie ukradnie mojej karty, bo to jest Tajwan, a nie jakaś dzika Europa. W banku, do którego interesował mnie dostęp internetowy, pan stanął na wysokości zadania i wydrukował dla mnie angielską wersję, którą zabrałam do domu, gdyż po 1,5 godziny nie miałam ochoty przebijać się przez kolejne 15 stron. Przy następnej wizycie bardzo zadowolona, z nastawieniem że to już moja ostatnia tam wizyta chciałam złożyć papier. Miły pan zawołał drugiego pana, po czym jeszcze koleżankę i razem ustalili, że internetowe konto owszem mogę otworzyć, ale dopiero gdy będę przebywać na rajskiej wyspie ponad rok, czyli nieprędko.
Stay calm

wtorek, 9 kwietnia 2013

Multi-kulti Singapur

Singapur polubią osoby tolerancyjne i otwarte, którzy potrafią zaakceptować, a nawet zachwycić się odmiennością otoczenia. Mieszkają tu ludzie ze wszystkich stron świata, różni ich rasa, styl ubierania, zachowanie, język, religia, po prostu wszystko. Obok siebie przebywają dziewczyny w szortach i w burkach, mężczyźni którzy nigdy nie obcinają włosów i gładko ogoleni panowie w garniturach spieszący do biur. Oczywiście jak wszędzie na świecie swój ciągnie do swojego i miasto ma kilka dzielnic skupiających poszczególne narodowości, jak np. Little India , Chinatown , czy dzielnica arabska wspomniane w poprzednim poście. W każdym z tych miejsc można kupić wyroby charakterystyczne dla danego kraju, a przede wszystkim dobrze zjeść. Nawet w food courcie w centrach handlowych znajdziemy wszystkie odmiany jedzenia, jakie tylko nam się zamarzą. Ogólnie wybór produktów w sklepach jest ogromny, dostępne są rzeczy z całego świata. Ceny są na poziomie zachodnioeuropejskim, zdecydowanie jest gdzie i w co się obkupić. Najsłynniejszą ulicą zakupową jest Orchard Road, wg mnie dorównuje Polom Elizejskim.
W miastach takich jak Singapur wyraźnie dociera do nas, że polska stolica jest miejscem mało przyjaznym dla obcokrajowców, a nawet dla wielu przejawów indywidualizmu. W Singapurze biali ludzie pozostają w mniejszości, ale ta dysproporcja nie jest tak rażąca jak na Tajwanie. Niezwykle  odświeżający i relaksujący był dla nas wszechobecny angielski (gazety! ;) ), choć nie należy wyobrażać sobie, że wszyscy mówią jak native speakerzy. Z obsługą, czy na ulicy spokojnie można się dogadać, ale nie należy używać zbyt kwiecistego słownictwa. Akcent jest charakterystyczny dla.. Singapuru.

Koreańskie danko

Koreańska zupa

Indyjskie napoje. W Little India są obłędne słodycze!

Lody - syrop + owoce na kruszonym lodzie. Są też lody na prawdziwym mleku (tajwańskie są głównie na sojowym).

Chińskie noodle

Owoce morza i sok z awokado - pycha!
Orchard Road


Jak się zrobi tu zakupy...

... to trzeba potem przyoszczędzić ;)

niedziela, 24 marca 2013

Wypad sylwestrowy - dzień 3 - Fajerwerki na Tajpej 101

Poprzednia część: Wypad sylwestrowy - dzień 2 - Pacyfik, palmy, gorące źródła
Wczesnym rankiem ruszyliśmy pociągiem w drogę do Tajpej. Przejazd komunikacją zbiorową jest zawsze niesamowicie spokojny, bo jest kompletnie cicho. Prawie nikt nie rozmawia, a jeśli, to mocno ściszonym głosem, prawie nikt nikt nie gada przez komórkę, co najwyżej niemalże szeptem, mało kto czyta, większość drzemie albo zabawia się nieodłącznym smartfonem bądź tabletem. My mimowolnie odpłynęliśmy i nawet nie wiem, kiedy dojechaliśmy do Tajpej.
Nasz studiujący tu kolega zaprosił całą grupę na obiad do mieszkania, które dzieli z dwójką innych chłopaków i którzy przygotowali jedzenie dla całej wygłodniałej kompanii. Było dużo, było pyszne, ciepłe, kolorowe i pachnące. I bardzo indyjskie!



Po południu ruszyliśmy przebimbać czas do północy w Tajpej 101 i około 10 wieczorem wyszliśmy na zewnątrz. Cały kwartał był zamknięty dla ruchu. Sam drapacz chmur stoi niedaleko budynku ratusza, przed którym odbywał się miejski sylwester z koncertami. Ludzie zaczęli się już zbierać w grupy na ulicach. Część rozsiadła się na chodnikach i asfalcie (temperatura ok. 20 stopni), część przeciskała miedzy nimi. My znaleźliśmy sobie wolne miejsce na chodniku przy następnej przecznicy od 101.
Cała atmosfera wieczoru była niesamowita. Wciąż mieliśmy w pamięci z Eweliną sylwestry z poprzednich lat w Gdyni i Toruniu - pijanych ludzi odpalających fajerwerki w środku tłumu, rozbijających butelki na chodnikach, zostawiających śmieci gdzie popadnie, ryczących na całe gardło i opryskujących wszystkich dookoła fontannami "Sowieckoje". Na szczęście były to obserwacje z bezpiecznej odległości, ale niemniej kiepskie wrażenie zapadło nam w pamięć. Tutaj wszyscy jak jeden mąż grzecznie siedzieli na ulicy i cicho rozmawiali. Albo grali na telefonach ;) Kiedy zaczęły się fajerwerki, nikt nie wstał "żeby lepiej widzieć" i zasłonić innym. Po wszystkim większość śmieci  ludzie sami zanieśli do śmietników. A, no i praktycznie żadnego alkoholu, za to sporo herbaty ;) W ogóle mam wrażenie, że przez to, że tu prawie się nie pija alkoholu, to sporej części problemów społecznych po prostu nie ma...
Sam pokaz był piękny - bardzo różnorodny, imponujący wysokością wieżowca, kolorami, rytmiczną kanonadą. Trwał koło 10 minut, więc jak na cały wieczór czekania to jest to rzecz do zobaczenia pewnie raz w życiu, ale ten jeden raz zdecydowanie warto. Zresztą, zobaczcie sami.








poniedziałek, 4 marca 2013

On the path of enlightenment

Lubię azjatyckie świątynie. Mają niesamowity klimat, zwłaszcza wieczorem. Światło lampionów i zapach kadzideł skłaniają do refleksji. Zewsząd spoglądają na nas oczy przeróżnych bożków, czasem pogodnie, a czasem przerażająco. Większość świątyń jest wielowyznaniowa - tao i buddyjska, nieliczne są konfucjańskie. Na podświetlanych wieżach można wykupić miejsce, które zapewni nam pomyślność w wybranej sferze. Umieszczona zostaje tam wówczas karteczka z naszymi danymi i data rozpoczęcia. Działa to na zasadzie abonamentu obejmującego zazwyczaj cały rok. Im wyżej położona będzie nasza karteczka, tym lepiej zadziała moc boska ;)
Raczej nie ma ustalonego grafiku obrzędów, czy mszy, ludzie przychodzą kiedy chcą. Czasem modlą się przed ołtarzem z kadzidłami w rękach, składają kwiaty w ofierze, przynoszą jedzenie do pobłogosławienia, oczekują wróżby lub odpowiedzi na pytania. Jedzenie zostawiają na specjalnych stołach, po czym okrążają wnętrze świątyni trzy razy w jakiejś intencji. Wróżbę losują wyciągając drewniane patyki ze stojaka. Odpowiedź na pytanie do konkretnego boga mogą uzyskać rzucając na ziemię specjalnie przeznaczone do tego drewienka o nerkowatym kształcie. W zależności od tego jak się one ułożą odpowiedź brzmi - tak, nie, lub spróbuj jeszcze raz. Proste.




środa, 27 lutego 2013

O mężczyznach

Dzisiaj zaleci kontrowersją, dlatego ostrzegam, że poniższe zdania są tylko moją opinią (jedynie po niewielkich konsultacjach) i każdy ma prawo się z nią nie zgadzać. Jest to temat dość często poruszany w babskim gronie, zwłaszcza nowych znajomych z różnych stron świata. Mianowicie chodzi o to, co sądzę o tajwańskich mężczyznach.
Mężczyzn widuję niezwykle rzadko, gdyż otaczają mnie głównie rozchichotane grupki niskich i drobnych chłopaczków o wyglądzie piętnastolatków. Grupki krążą po korytarzach uniwerku, chodnikach miejskich, chodzą razem jeść, śpią razem na wykładach. Bardzo mało jest paczek mieszanych, ewentualnie trafiają się pary odseparowane od towarzystwa. Generalnie większość dzieli się na "dziewczynki" i "chłopców" jak w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Myślę, że może to wynikać z tego, że większość studentów mieszka w akademikach, czyli osobno.
Przeciętny Tajwańczyk - opis od góry: fikuśna fryzurka, czasem farbowana, okulary, nos w iPadzie, zero zarostu, wąska szczęka, szczupła sylwetka, bardzo chude i zwykle krzywe nogi (tak, kobiety też na to patrzą, przynajmniej ja!). No i tak mniej więcej do czterdziestki ;) Inną cechą charakterystyczną jest chwiejny krok i bardzo wolne tempo chodzenia. Raz spytałam kolegów, czy naprawdę zawsze tak wolno chodzą, ale nie wyczuli mojego sarkazmu i usłyszałam "tak"!  Nie wiem, czy ktoś kojarzy scenkę z japońskich kreskówek, kiedy facet jedzie na rowerze i kolana rozstawia zupełnie na boki, jest mocno pochylony i kiwa się na siodełku. Byłam przekonana, że jest to pokazane w ten sposób tak dla żartu, ale oni naprawdę tak jeżdżą. Mam na myśli to, że poruszają się często w sposób mało skoordynowany. Trafiają się też oczywiście jednostki z wypracowaną masą mięśniową, ale te widuję głównie na siłowni, potem widocznie giną gdzieś w czeluściach swoich grup badawczych. Czasem mają fajne ciuchy, dużo gadżetów, koraliki, kolczyki itp. Sama chciałabym takie mieć. Niektórzy sprawiają wrażenie jakby całe przedpołudnie spędzili przed lustrem. Pewnie można by z nimi pogadać o kremach i żelach do włosów.

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że o wiele więcej jest par "mieszanych", gdzie kobieta jest Azjatką, a facet jest biały, niż odwrotnie. Rzeczywiście tak jest, ale może to wynikać z faktu, że faceci rasy kaukaskiej są.. facetami, tzn. mają więcej męskich cech, niż lokalni i mają duże powodzenie u płci przeciwnej, a przede wszystkim potrafią okazać zainteresowanie i przejąć inicjatywę. Jak to określił jeden znajomy, tajwański sposób bycia cechuje "zero flirtu", czyli nie zaznamy tutaj bezczelnych spojrzeń i uśmiechów, zero zaczepek słownych. Czasem tylko hello o którym pisałam wcześniej, ale jeśli zareaguje się na powitanie, można być pewnym, że delikwent spłoni się jak panienka. Chętniej porozmawiałby za pośrednictwem czata, niż na żywo. Widziałam wiele takich par, które siedzą razem np. przy stoliku i wpatrują się, każde w swoją komórkę. Powinnam raczej napisać iPhona, gdyż komórka to takie archaiczne określenie. Może w ten sposób się komunikują, albo już piszą na fb jaka wspaniała randka była i co jedli.
To wszystko sprawia, że jak dla mnie otaczające obiekty są mało męskie, a więc mało atrakcyjne. De gustibus non est disputandum.
Z moich obserwacji wynika, że Tajwańczycy potrafią być opiekuńczy i czuli, często przytulają się na ulicach, ale nie całują. Dużo ciepła okazują też swoim dzieciom. Są bardzo pomocni i raczej ulegli. Ciekawe jest to, że często noszą torebki za swoimi kobietami. Na pewno nie chadzają z kolegami na piwo, gdyż zwykle nie mają na to czasu, ale również jak większość Azjatów często nie mogą pić alkoholu. Ja bym wolała, żeby mój facet wracał do domu ubawiony, niż udręczony pracą. Porozmawiamy rano ;)

piątek, 22 lutego 2013

Niby znam słowa, ale co to za język?

Jednym z największych moich zmartwień dotyczących przeniesienia się na azjatycką stronę globu była bariera językowa. Chiński jest niesamowicie trudnym językiem, a pisowni nie trzeba nawet komentować. Dlatego też wspólnie z Eweliną zdecydowałyśmy, że należy zaznajomić się przynajmniej z brzemieniem tego, co wkrótce będzie nas otaczać ze wszystkich stron. Skorzystałyśmy z krótkiego kursu organizowanego przez AIESEC i prowadzonego przez native speakera prosto z Pekinu, o wybitnie chińsko brzmiącym imieniu Antonio ;) Btw, bardzo polecam te kursy ze względu na możliwość liźnięcia języka i poznania ciekawych ludzi. Opłata jest żadna, a my np. wygrałyśmy jeszcze wycieczkę do Budapesztu w ramach tego, że jedna "zaprosiła" drugą do uczestnictwa w lekcjach. Dwa miesiące nauki języka są lepsze niż nic, a to, czego się nauczyłyśmy, naprawdę pozwoliło nam się lepiej ogarnąć na miejscu i odnaleźć na lekcjach chińskiego na uniwerku.
Dwa razy w tygodniu miałam więc przyjemność przebywać w grupie pięciu śmiałków z Chińczykiem, który prowadził lekcje z żelazną dyscypliną. Nauki nie ułatwiał nam fakt, że przez pierwsze kilka spotkań mieliśmy poważne trudności ze zrozumieniem tego, co mówi... po angielsku. Chłopak miał niesamowicie silny akcent i oddzielał każdą sylabę. Na Tajwanie młodzi ludzie raczej znają angielski, ale mają duże opory żeby go używać. Niektórzy mówią bardzo dobrze z silnym amerykańskim zaśpiewem, ale większość mówi w zupełnie inny sposób, niż ten który znamy. Nawet jeśli przebywali długo za granicą i mówią płynnie, trzeba bardzo koncentrować się na ich wypowiedzi. Szczególnie odczuwalne było to na pierwszych wykładach. O ile też Tajwańczycy potrafią mówić po angielsku, to kompletnie nie potrafią czytać. To znaczy, kiedy czytają coś np. ze slajdu na prezentacji, jest to często zupełnie coś innego, niż mają napisane. Jednak po jakimś czasie, jak wiadomo, przyzwyczajamy się do czyjejś wymowy i jest łatwiej. Nic nie opisze poziomu naszego szczęścia, gdy okazało się, że nasza nauczycielka chińskiego na kursie uniwersyteckim mówi wręcz rewelacyjnie. Co ciekawe, same nigdy nie miałyśmy szczególnych problemów z byciem zrozumianymi, przynajmniej ze względu na akcent.
W chińskim są cztery tony. Każda sylaba może więc być artykułowana na cztery sposoby i wtedy oznacza zupełnie co innego. Każdy pojedynczy znak ma jakieś znaczenie, ale kilka znaków zestawionych razem to sylaby nowego słowa o innym znaczeniu. Wbrew pozorom jest to język głośny, "krzyczany". W związku z tym, że ton nie zależy do końca od nastroju rozmówcy, czasem można mieć błędne wrażenie co do jego wypowiedzi. Nasza nauczycielka ma np. w zwyczaju stawać przed studentem prawie stykając się z nim nosem i krzyczeć 50 razy jakiś ton, pytając czy słyszy różnicę.
Nauka chińskiego sprawiła, że z potoku wypowiedzi mogę wyłapać jakieś słowa, a nawet stwierdzić, czy jest to chiński, czy nie. Na razie mój zasób słownictwa ogranicza się do pytania o cenę, pozdrawiania i nazw jedzenia. Zaczynanie rozmowy po chińsku jest nieco zwodnicze, bo wówczas ludzie myślą, że rozumiemy wszystko i zalewają nas strumieniem słów. Dlatego długa droga przede mną. Teraz mogę tylko przedrzeźniać kolegę z laboratorium, który kończy każdą rozmowę telefoniczną mówiąc: "hał hał, sie sie, bye bye" , a w zasadzie hao hao, xie xie, bai bai (wg pinjin) (dobrze, dziękuję, do widzenia) :)

sobota, 16 lutego 2013

Kilka słów o czystości

Jeśli uważasz, że polskie jadłodajnie są śmierdzące, ulice są brudne, a chodniki krzywe, przyjedź na Tajwan. Poczujesz się jak człowiek z innej cywilizacji.
Przed wyjazdem do Azji nałogowo czytałam wszystkie dostępne artykuły na temat kultury i zwyczajów panujących na Tajwanie. Bardzo często natykałam się na informacje o szczególnej dbałości o dezynfekcję rąk, noszeniu maseczek w miejscach publicznych i innych środkach ochrony osobistej. Proces aplikacji o wizę i na uniwersytet uwzględniał szereg badań lekarskich. Po przejściu tych wszystkich testów, nigdy nie czułam się tak zdrowo. W moim umyśle zaczął również kreować się obraz wyspy, która jest ostoją bezpieczeństwa i higieny. Po przyjeździe owszem, znowu pobrano nam płyny ustrojowe, zmierzono i zważono, sprawdzono słuch, wzrok, stopień skoliozy, a nawet zajrzano nam w zęby. Wyrok brzmiał - nadaje się.
Ludzie wykształcają sobie zwykle kilka mechanizmów obronnych, które pozwalają odnaleźć im się w nowej sytuacji. Jednym z nich jest wyparcie. Staram się nie myśleć o tym w jakich warunkach przygotowuje się tutaj jedzenie. Na ogół jesto ono gotowane lub smażone w bardzo wysokiej temperaturze i na pewno wszystkie bakterie i wirusy wtedy giną. Nie myślę o rękach kucharki, stanie garnków, jakości oleju, szczurach wielkości małych kotów lub innych zwierzątkach, jakie tu widuję. Zawsze zamawiam jednak wszystko na wynos, gdyż jednorazowe pojemniki i pałeczki znacznie poprawiają mi samopoczucie. Mimo tego, że sanepid zamknąłby wszystkie tajwańskie jadłodajnie nie zdarzyło mi się nigdy zatruć jedząc na mieście.
Przez pierwsze tygodnie pobytu byłam na cudownej diecie. Mianowicie wchodziłam do sklepu spożywczego i natychmiast przestawałam być głodna, a jedzenie było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę. Dlaczego, ktoś zapyta, przecież tam na środku, na specjalnym stoisku podgrzewają się same pyszności. Niezwykle zachęcające są na przykład jaja gotowane w sosie sojowym lub kiełbaski w cieście. Rewelacja, zapach jest po prostu odurzający.
Wszystko jest oczywiście kwestią tego, jak sobie coś przetłumaczymy. To przypomina mi pewną historyjkę, którą opowiedziała mi kosmetyczka proponując algową maseczkę do twarzy. "Może nie pachnie ona zbyt szczególnie, ale jeden z moich klientów twierdzi, że pachnie kobietą i jemu się nawet podoba". O! W tym miejscu wyrażam nadzieję, że odbiorcami tych wywodów są osoby dorosłe. Otóż stinky tofu i wiele innych produktów spożywczych nie pachnie kobietą, ale można uznać po jakimś czasie, że nie pachnie tak źle, albo, że jesteśmy tak głodni, że jest nam to obojętne.
To czego nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć to stan pomieszczeń akademikowych i mieszkań do wynajęcia. Są one po prostu brudne. Najczęściej nie sprzątane od nowości, czyli od lat 80tych. Nie są w żaden sposób przygotowane, żeby zachować pozory przed ludźmi z drugiego końca świata. O łazienkach nie wspomnę, gdyż niewiele osób z nich w pełni korzysta. Otóż z dbałości o morale studentów akademiki są rozdzielone na męskie i żeńskie.


Do akademików żeńskich faceci nie mają w ogóle wstępu, natomiast dziewczyny mogą odwiedzać męskie pokoje do godziny 24. Dlatego mogę wypowiedzieć się tylko o zwyczajach łazienkowych dziewcząt. Nie grasuję po łazienkach podglądając innych, tylko opisuję to, co rzucało mi się w oczy, a nie było to trudne, gdyż tłumów, jak już powiedziałam tam nie było. Na 40 dziewcząt na piętrze przypadało 6 pryszniców. Przy takim upale powinna być tam ciągła kolejka, a tej nigdy nie zaobserwowałam. Dziewczyny co prawda często piorą ubrania, ale raczej w bezzapachowym płynie (pralki piorą tylko w zimnej wodzie), wszystko przy takiej wilgotności schnie powoli, więc efekt tego prania jest mizerny. Panuje też pewna niechęć do stosowania pachnideł w stylu dezodorantu, czy perfum.
Znakomita większość kobiet niestety nie myje rąk po skorzystaniu z toalety. Publiczne miejsca odosobnienia są łatwo dostępne, dobrze oznaczone i generalnie w niezłym stanie. Często zaopatrzone w mydło i ręczniki, więc nie w tym tkwi problem. Na basenie i innych zajęciach sportowych zauważyłam też, że znaczna część dziewczyn w różnym wieku nie przywiązuje wagi do depilacji. Nie mam tu na myśli czegoś wymyślnego, tylko najbardziej podstawowe wydanie. Nie jest to zbyt zachęcające, gdyż Tajwanki mają na ogół mocne, czarne owłosienie. Drodzy panowie, gdy zamarzycie o azjatyckiej nimfie, może się okazać, że jest ona bliżej natury, niż byście się spodziewali.
Jeśli nawet odnawia się uniwersytecką stołówkę, to zostawia się wszystkie ślady remontu - zacieki z farby, pył po szlifowaniu itp. Przecież Hsinchu to wietrzne miasto, kiedyś w końcu wywieje cały ten kurz i liście. Chociaż muszę pochwalić ostatnią akcję mycia podług na wydziałowych korytarzach z okazji nowego roku chińskiego. Ogłoszenia wisiały tydzień wcześniej, żeby wszyscy byli świadomi przeprowadzenia tego znakomitego przedsięwzięcia. Nasze biuro, laboratorium, włącznie z podłogami  i oknami myjemy sobie sami co tydzień, dlatego mamy czysto, żeby nie było.
Kolejna ważna zasada brzmi: masz śmiecia, to sobie go zanieś do domu. Na tajwańskich ulicach w zasadzie nie ma publicznych śmietników. Już wyobrażam sobie takie coś w Warszawie, gdzie jeśli nie ma kosza co 50 metrów, ludzie są zbyt leniwi, żeby przenieść swoje papierki kawałek dalej. Tutaj dużą wagę przywiązuje się do segregacji śmieci. W garażu naszego budynku mamy oddzielne pojemniki na papier (osobno kartony i opakowania po jedzeniu), szkło, plastiki, puszki, świetlówki, ubrania, resztki żywności. Kilka razy dziennie przejeżdża też śmieciarka, wygrywając przy tym radosną melodyjkę, która wwierca się do naszego mózgu, choćbyśmy nie wiem czym byli zaabsorbowani. O dziwo śmieci nie walają się po ulicach, każdy dostosowuje się do zasad.
Maseczki to fakt! Na ulicach można zobaczyć wiele ludzi noszących maseczki na twarzy. Najczęściej są jednorazowe, ale można je również dostosować do ubioru lub nastroju, gdyż istnieje szeroki wybór maseczek materiałowych o nieskończonej liczbie wzorów i kolorów. W gorącym i wilgotnym klimacie wszystkie przeziębienia ciągną się tygodniami, więc dobrze jest nie narażać na nie innych. Fascynujące są dla mnie pary spacerujące właśnie w takiej konfiguracji jak poniżej. Zastanawia mnie jak to funkcjonuje. Należy spytać - czy mogę zdjąć twoją maseczkę i wreszcie zobaczyć twoją twarz/pocałować cię? Wszystko zależy wszak od etapu związku.
Nigdy nie spodziewałabym się, że pomyślę o swoim rodzinnym mieście, że jest jednak całkiem porządne i wchodząc do restauracji nie muszę zastanawiać się, czy aby szklanki są dobrze umyte. Jeśli komuś nie zajdę za skórę istnieje też spora szansa, że nikt nie napluje mi do talerza. W każdym razie jest bardziej higienicznie niż mniej. Tego własnie mi brakuje.

czwartek, 14 lutego 2013

Taiwan in love


Walentynki po tajwańsku odbywają się w dyskretny i cichy sposób. Panie powinny dziś obdarować panów czekoladkami własnego wyrobu. Temu, którego darzą szczególną sympatią powinny wręczyć specjalną czekoladkę. Wówczas szczęśliwiec ma równo miesiąc na przemyślenie sprawy i 14go marca może sprawić zainteresowanej słodki upominek, który świadczy o wzajemności. Czy warto więc wręczać tę czekoladkę i narażać się na miesiąc życia w niepewności? Wszystko należy dobrze przemyśleć.
Według chińskiego zwyczaju właściwy dzień zakochanych, zwany Qixi festival jest siódmego dnia siódmego miesiąca księżycowego, czyli w tym roku 13go września. Mimo tego, moi tajwańscy koledzy szykują dziś dla swoich kobiet prezenty i przygotowują się na noc walentynkową. ;) Obcy jest im zwyczaj wysyłania kartek z wyznaniami, tym bardziej anonimowych. Nie kupują kwiatów, ani nie palą świec na stole. Romantyzm wyrażają w sobie tylko znany sposób, często wrzucając kolejne fotki na portale społecznościowe.
Zwykle w tym dniu wychodzimy do knajpy, a dziś dla odmiany domowo.