niedziela, 1 września 2013

10 powodów, dla których każdy Polak powinien przynajmniej raz w życiu odwiedzić Tajwan - gościnny wpis by Mr & Mrs Szy :)

W kontekście ostatnich zawirowań lokalizacyjnych Państwa Ha (ale o tym na pewno napiszą sami), ten tworzony w bólach i nieprzyzwoicie wręcz opóźniony wpis podsumowujący naszą dwutygodniowe odwiedziny na ich tajwańskich włościach zupełnie niechcący ma całkiem niezły timing.

1. „A drobniej nie będzie?”, czyli inny wymiar obsługi klienta

Na początek przykład z życia wzięty. W jednej z warszawskich piekarni kupuję chleb i trzy bułki. Pięć złotych, dziewięćdziesiąt cztery grosze, mówi pani ekspedientka. Posłusznie wysupłuję z portfela 6zł.
„A może dziewięćdziesiąt cztery grosze pani ma?”
Podobnego osłupienia na Tajwanie, drogi Turysto z Polski, nie doświadczysz. Obsługa w sklepach, czy to spożywczych, czy ubraniowych, stoi w drzwiach i wita Cię z uśmiechem. Mało tego, możesz podać banknot 1000-dolarowy przy kwocie do zapłaty 55 dolarów i Twoje pieniądze zostaną przyjęte z podziękowaniem, a resztę wydadzą Ci z ukłonem, obowiązkowo trzymając pieniądze w obu dłoniach. Nasz klient, nasz pan – dosłownie i w przenośni. Naprawdę miła odmiana od naszego rodzimego marudzenia.




2. Brak „babć autobusowych”, czyli bez łokcia też się da

Drogi Turysto z Polski! Jeśli nie jest Ci obce uczucie nagłego braku tlenu przy jednoczesnym drastycznym skurczeniu się powierzchni życiowej, gdy na przystanek podjeżdża Twój autobus – koniecznie odwiedź Tajwan. Pierwszy raz w życiu przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok dyscypliny, z jaką Azjaci ustawiają się pokornie w kolejkach do autobusów / pociągów / metra. Bez względu na to, czy na dany środek transportu czeka pięć, czy pięćdziesiąt osób – zjawisko „Pan tu nie stał!” na Tajwanie zwyczajnie nie istnieje. No, bajka!




3. Bez cukru, a i tak słodkie 

Bez wątpienia tym, za czym najbardziej tęsknię, są tajwańskie owoce.  Targi owocowe pełne są przeogromnych i niesamowicie soczystych ananasów, arbuzów, świeżych owoców liczi czy mango w śmiesznie niskich cenach. Idziesz, pokazujesz palcem, pan z uśmiechem kroi Ci wybrany owoc na małe kawałeczki, wrzuca je do woreczka, wręcza Ci patyczek i hulaj dusza, piekła nie ma (a kalorie się nie liczą, w końcu to wakacje:))…  Ananas świeży jest słodszy niż nasz puszkowany - z całą pewnością stwierdzam, że nigdzie do tej pory nie jadłam tak nieprawdopodobnie pysznych owoców. Mniam!



4. Dwa kółka w zupełności wystarczą

Jeśli myślisz, drogi Turysto, że pięcioosobowa rodzina wymaga od Ciebie kupna wielkiego, ryczącego, budzącego szacunek na drodze pojazdu, najlepiej z napędem na cztery koła i w ogóle takiego, na który jedno miejsce parkingowe nie wystarczy – zanim weźmiesz monstrualny kredyt na 20 lat, pojedź na Tajwan. Być może zaoszczędzisz.
Bo weźmy taki skuter – siadasz sobie na nim wygodnie, za Tobą siada żona, na kolana bierze starsze dziecko, na dziecku siada ciocia Krysia z walizką i pudlem, i zabiera się za lekturę gazety. Młodsze dziecko standardowo sadzasz na rozkładanym krzesełku z przodu – będzie się trzymać lusterek. I jazda na zakupy do sklepu meblowego.
Bo na Tajwanie skutery mają pojemność przeciętnego europejskiego kombiaka.


5.  Jak się najeść i nie zbankrutować

Jako że temat jedzenia pojawiał się na tym blogu wielokrotnie, rozwodzić się nad nim nie będę, ale w ogóle go nie wspomnieć to grzech - Tajwan to absolutny raj na ziemi dla łasuchów (ci, którzy znają mojego męża, potwierdzą, że wiem, co mówię:)).  Jedzenie jest bajecznie tanie i jest go z zasady zawsze bardzo dużo. Standardowe danie obiadowe, którym można najeść się jak bąk, to koszt rzędu 7-10zł, przy czym 10zł to już naprawdę drogo. Standardowo w cenie jest zielona herbata, często bez limitu. Podejrzewamy, że mało kto gotuje w domu, jako że zwyczajnie nie jest to opłacalne.
Dla mnie bomba.



 
6. Podróż za jeden uśmiech… no, prawie
 
W czasach, gdy cena jednorazowego biletu normalnego ZTM w Warszawie przyprawia mnie o osłupienie i początki nerwicy, Tajwan jawi mi się jako absolutna ziemia obiecana. W obrębie miasta poruszasz się za zawrotną kwotę 1,20zł, za 13zł luksusowy autokar z siedzeniami rodem z klasy biznes najlepszych linii lotniczych dowiezie Cię z Hsinchu do Taipei i to od początku do końca równiutką autostradą wznoszącą się wysoko ponad tajwańskimi lasami (cierpiącym na lęk wysokości uprzejmie polecają się autokarowe firanki).



7. Loteria spożywcza, czyli jedzenie z dreszczykiem emocji
 
Jak już pisałam, jedzenie jest tanie i jest go dużo, sam proces zamawiania go aż się prosi jednak o osobny punkt.
Sytuację na tajwańskim froncie jedzeniowym najlepiej obrazuje historia, która przytrafiła nam się w jednej z knajp w Taipei: w barze, jakich wiele, na nasze uprzejme pytanie, czy dostaniemy menu w języku angielskim, pani za ladą wybuchnęła najszczerszym, a jednocześnie najbardziej histerycznym śmiechem, jaki słyszeliśmy w Azji.
Menu w języku angielskim to luksus. Jak już jest, często i tak nie pomaga, wygląda bowiem jak żywcem przemielone w Google Translator. Ale generalnie najczęściej i tak go nie ma :)
Pytacie, jak żyć? Radzić sobie można na kilka sposobów. Jedna opcja to zamawianie na podstawie zdjęć. Zdecydowanie nie polecam – w rzeczonej knajpie skończyło się to wielgachnym talerzem zupy dla mnie (chciałam wszystko, tylko nie zupę) i czterema mini sajgonkami dla męża (głodny był jak wilk).
Druga opcja to kombinowanie. W większości tajwańskich barów na stolikach leżą karteczki z menu w języku chińskim (wyglądają trochę jak kupony lotto:)), na których klient sam zaznacza ołówkiem, co chciałby zjeść. W takich przypadkach bardzo przydatna jest obecność kogoś, kto choć w najmniejszym stopniu ogarnia chińskie znaczki, dzięki czemu po dogłębnym przestudiowaniu menu rozlega się okrzyk „O! To będzie chyba kurczak!”
Trzeci sposób to niezawodny palec – w miejscach, gdzie jedzenie przygotowywane jest na naszych oczach, zawsze można wejść i pokazać paluchem „Chcę to!”. Aczkolwiek ostrzegam, że pozory mylą i coś, co wygląda na mięso, może w rzeczywistości być np. tofu, zaś wszystko, co wygląda jak bułka, w większości przypadków okazywało się ryżem :)



8. Herbata trochę inaczej
 
Jak już wielokrotnie podkreślali Adaś i Ewelina, Tajwan to raj dla herbaciarzy. Ponieważ sama się do takowych zaliczam, łezka mi się w oku kręci, gdy pomyślę o tych lodówkach z trzydziestoma rodzajami zielonej herbaty w butelkach, każdej po 1,50 PLN, idealnych na upał, a przy tym jakich zdrowych i smacznych! W jeszcze bardziej nostalgiczne tony wpadam, gdy przypomnę sobie Bubble Tea, którą mogłabym pić na śniadanie, obiad i kolację.
Jednocześnie ostrzegam – Tajwan to NIE jest miejsce dla ludzi pokroju mojego męża, który preferuje napój herbatopodobny złożony z naparu z torebki „Saga”, obficie skroplonego sokiem malinowym i zasypanego kilogramem cukru, co by zabić smak herbaty. O ile Bubble Tea można jeszcze wypić w wersji słodkiej (aczkolwiek dużo więcej opcji jest z herbatą zieloną, więc miłośnicy czystej czarnej też dużego wyboru nie będą mieli), tak produktów pokroju naszej Nestea w tutejszych sklepach spożywczych nie uświadczysz.
I bardzo dobrze, jeśli ktoś mnie spyta o zdanie :)





9. Spacer ulicami miasta, czyli po co komu kurs survivalowy?
 
Ale jak to nie ma chodników? Eee tam, przesadzacie, może są wąskie albo nierówne, ale przecież po ulicy się nie chodzi!
Zonk! Tu NAPRAWDĘ nie ma chodników. Pal licho, jeśli jezdnia składa się przynajmniej z dwóch pasów, wtedy ten prawy zazwyczaj i tak jest zastawiony zaparkowanymi autami, między którymi da się jako tako lawirować (już teraz wiem, czemu tajwańskie matki wożą dzieci nie w wózkach, a na skuterach), gorzej, gdy jest tak, jak tu:

Cóż, bezpiecznie nie jest. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Pomyślałby ktoś, że przynajmniej na przejściach dla pieszych można sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia, wszak tutaj raczej nic nas nie rozjedzie... Nic bardziej mylnego :) Na przejściach dla pieszych to dopiero trzeba się spinać! Najlepiej w ogóle przerwać rozmowę, wyjąć ręce z kieszeni, włączyć radar i poduszki powietrzne, gdyż pędzący skuterem / samochodem tubylec, który skręca czy w lewo, czy w prawo, przecinając tym samym przejście dla pieszych, po którym dzielnie maszerują ludzie, PRZECIEŻ MA ZIELONE. Więc jedzie. I nie, nie zatrzyma się bynajmniej tylko dlatego, żeby nie przejechać nam po palcach.
Dodam jeszcze, że powyższe spostrzeżenia poparte są (na szczęście tylko dwoma) incydentami bliskiego spotkania ze skuterem oraz SUVem z zachęcająco rozległą strefą zgniotu.
Reasumując - jeśli chcesz się poczuć jak James Bond skaczący po maskach samochodów, zapraszamy na Tajwan :)

10. Egzotyka przez duże E

Drogi Turysto z Polski, jeśli jeszcze nigdy nie zaniosło Cię poza granice Europy – ba, nawet jeśli byłeś już w USA, w Egipcie czy innej Tunezji – koniecznie chociaż raz w życiu wybierz się do Azji. Mentalność ludzi, architektura, jedzenie, język – wszystko to tak bardzo różni się od warunków, które my, Europejczycy, uważamy za normę, że Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo. To tyle w tym temacie, bo i tak pewnie już nikt nie doczytał aż tak daleko :) Zresztą, zdjęcia mówią same za siebie.

No, to jak? Zachęciliśmy?

środa, 28 sierpnia 2013

O pracy

Na Tajwanie, jak w większości państw azjatyckich panuje kult pracy. Nawet ludzie przeprowadzający pieszych przez jezdnię wydają się niezwykle przejęci swoim zajęciem. Uczelnia jest miejscem gdzie młody człowiek uczy się najważniejszej umiejętności niezbędnej do przetrwania na rynku, a mianowicie sprawiania wrażenia. Im bardziej wydajemy się zaangażowani w swoją pracę i nią zmęczeni, tym lepiej, nawet jeśli w rzeczywistości nie mamy nic do roboty.
Polski student, który nie ma ochoty uczestniczyć w zajęciach, po prostu na nie nie idzie, tajwański natomiast przychodzi, ale smyra na telefonie lub śpi, nawet jeśli sala wykładowa jest mała i znajduje się na niej dziesięć osób. Profesor tajwański też potrafi spać na przykład siedząc w pierwszym rzędzie podczas seminarium, a następnie zadawać prelegentowi pytania świadczące o tym, że nic nie dotarło do niego podprogowo i po prostu nie słuchał.
Oprócz zajęć teoretycznych student spędza minimum dziesięć godzin na swojej pracowni, często również w weekendy, obowiązkowo dłużej niż szef. W tym czasie wychodzi kilkukrotnie po jedzenie, dociera do końca internetu i oczywiście śpi, czasem też się uczy lub robi jakieś eksperymenty. Jest to najmniej efektywna forma pracy i spędzania czasu, jakiej zdarzyło mi się doświadczyć. Najważniejsze jest, żeby być na miejscu, a następnie wyniki kilkugodzinnej pracy  rozciągnąć na dwadzieścia parę slajdów prezentacji i czterdziestominutową wypowiedź podsumowaną stwierdzeniem "I`m not sure about this result". Wszak nie wypada się przyznawać że cokolwiek się osiągnęło, cokolwiek wie, a tym bardziej cokolwiek wie na pewno. Bardzo silnie promowana jest tu praca w grupie i duch społeczny. Zgodnie z tą filozofią raczej nie spotkamy się tu z rywalizacją i wyścigiem szczurów, ale nie będziemy też zmotywowani do wznoszenia się na intelektualne wyżyny.
Dla większości Tajwańczyków ich praca jest całym życiem i jedyną formą aktywności. Często nie mają żadnych zainteresowań, ani ciekawości świata. Przez rok nikt ze studentów nie spytał mnie prawie o nic dotyczącego mojego kraju czy mojej kultury. Jedna znajoma tłumacząc swoje zwyczaje Tajwańczykowi usłyszała: ale to nie jest twój kraj, tylko Tajwan. Kolega po powrocie z konferencji w Niemczech był zdziwiony widokiem ludzi w parkach, knajpach i innych miejscach rozrywki. Sam stwierdził że większość Tajwańczyków w weekend po prostu śpi, zmęczona po pracy. Fakt zamykania sklepów w DE o dziewiętnastej podsumował stwierdzeniem, że jacyś leniwi ludzie tam żyją.
Cóż, chyba jestem leniwa ;)


wtorek, 27 sierpnia 2013

Kamakura

Świątynia Tsurugaoka Hachimangu


Przez Maiden (scenę do tańców i występów muzycznych) do świątyni

Bramy torii oddzielają świat ziemski od świata bogów

Omikuji - wróżba na pasku papieru.
Dobrą wróżbę zabiera się do domu, złą - przywiązuje w świątyni, a bóstwo już się nią zajmie.

Świątynia Zeniarai Benten



Pralnia pieniędzy.
Wypłukane w świątyni i wydane rozmnożą się - jednak nie mieliśmy odwagi płukać banknotów.

Wielki Budda

Emanacja spokoju

Przezorny zawsze wie dokąd uciekać przed tsunami



poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Tokio

Dwa tygodnie wakacji w Japonii... Dużo by pisać, niech obrazy opowiedzą same. Było wspaniale!

Jeszcze na tajwańskim lotnisku

One shot, one happy! Happy shot!

Hello Kitty atakuje zewsząd

Pić!

Ewelina rozmawia z automatem do napojów.
Dotykowy ekran, puszcza filmy i gada.
Automaty stoją nawet w najbardziej zapuszczonych uliczkach - i dobrze, bo w tym upale piliśmy codziennie cysternę płynów.


Targ rybny Tsukiji

Wszystko, co wyszło z wody tu jest, w ilościach hurtowych.

Żywe, martwe i walczące o życie. Małże sikające wodą, tuńczyki w całości, puszczające bańki ślimaki...

Dzielnica Akihabara

Dzielnica Akihabara - galaktyka anime, mangi i wszystkiego, co z tym związane. Plus elektronika.

Przywiozłem sobie małą Japoneczkę. Rei <3
Akihabara to również dzielnica "maid cafe". Master Adam jest wyraźnie zadowolony.
A taką dostał kawę

Ogród Koishikawa Korakuen

Lotosy




Full Moon Bridge (zgadnijcie skąd nazwa)
Nie deptać trawy? Nie wiem, ale ładne.

Harajuku

Okolice stacji Harajuku to jedno z głównych miejsc spotkań poprzebieranej młodzieży, zwłaszcza w niedziele.
Niestety, my byliśmy w poniedziałek ;/
 
Za to spotkaliśmy się z Agą (prowadzi bloga Od teraz w Japonii).
Dziękujemy za super wieczór!

Główna ulica Harajuku

Przebieranki

Shibuya - dzielnica, która nie śpi






Skrzyżowanie przy stacji Shibuya - na zielonym można chodzić we wszystkich kierunkach

"Shibuya Information Center"

Sekret pracowitości Japończyków - ich doba ma 25 godzin!

Cysorz to ma klawe życie

Tam cesarz chodzi piechotą - Wstęp Bron

Widok z cesarskich okien

Po wschodniej części ogrodów pałacu cesarskiego turyści już się mogą szwendać


Pawilon herbaciany

Muzeum Ghibli



Totoro sprawdza bilety






Ogrodnik z Laputy czuwa na dachu

Asakusa

Kaminarimon - Brama Grzmotu

Targowa ulica Nakamise - wszystkie tradycyjne pamiątki z Japonii w jednym miejscu.
Prowadzi do świątyni Sensoji


Hozomon - Brama Skarbca

Gigantyczny waraji - sznurowy sandał - przytwierdzony do bramy Hozomon

Shinjuku

Dzielnica z najbardziej ruchliwą stacją kolejową świata. Z jednej strony niej - kwartał wieżowców, z drugiej - Kabukicho - dzielnica przybytków o wątpliwej reputacji.



Grunt to jasny przekaz - tu dostaniesz rybę