Zbliża się koniec roku akademickiego, więc na kampusie można zauważyć zwiększoną migrację i sporo nowych twarzy. Większość ludzi, którzy przyjeżdżają na czasowe wymiany zostaje zakwaterowana w akademikach lub w guest house. Jednak ten ostatni przeznaczony jest dla osób z przynajmniej tytułem doktora. Przed wyjazdem na Tajwan namiętnie szukałam wszelkich informacji na temat warunków mieszkaniowych oferowanych studentom, ale nic nie mogłam znaleźć. Zapewne gdyby do sieci przeciekły jakieś zdjęcia, wielu obcokrajowców w ogóle nie rozważałoby zamieszkania w akademiku. Dlatego postanowiłam podzielić się tą tajemną wiedzą z szerszym gronem.
Nie mam zbyt dużego doświadczenia akademikowego, gdyż miałam szczęście studiować w swoim rodzinnym mieście. Zdarzyło mi się oczywiście odwiedzać znajomych zamieszkujących warszawskie przybytki. Wiem też, że studenci międzynarodowi, a zwłaszcza doktoranci są kwaterowani w najlepszych miejscach, a ich pokoje są najczęściej typu studio. Sama mieszkałam w tego typu miejscu będąc na wymianie w Austrii. Dlatego możecie sobie wyobrazić jak wielkie było moje zaskoczenie tym co zastałam na wyspie.
Pokoje w akademiku są czteroosobowe z dwoma piętrowymi łóżkami. Łazienka znajduje się oczywiście na korytarzu. Drabinka łóżka jest bardzo wysoka, co może być nieco niebezpieczne, gdyby ktoś chciał schodzić z piętra po ciemku. Weszłam tam tylko przy okazji zaklejania okien, które wychodzą na korytarz oświetlony jarzeniówkami. Nawet jakbym chciała, to nie mogłabym tam spać, ponieważ górne łóżko jest po prostu za krótkie. Poza tym w pokoju znajdują się szafy i biurka z półkami, oraz krzesła. Akademik nie zapewnia też materaca na łóżko, a to, co można kupić na miejscu jest pięciocentymetrową warstwą gąbki na bambusowej macie - skutecznie zapobiega zaspaniu, gdyż po całej nocy czujemy już każdą kość w ciele.
Na nadmiar snu w ogóle nie można narzekać. Kiedyś opisywałam już, że tajwańskie akademiki nie są koedukacyjne. Do żeńskich faceci nie mają w ogóle wstępu, przede wszystkim ze względów kulturowych (są tu ludzie ze wszystkich stron świata i różnych religii), natomiast dziewczyny mogą odwiedzać męskie pokoje, ale muszą opuścić je do godziny 24. Nie mogą przy tym korzystać z łazienki. Oznacza to, że po godzinie zero w żeńskim akademiku zaczynają się nocne manewry - krzyki na korytarzach, suszenie włosów, pranie ubrań itd.
Najgorsze wydają się jednak dwie rzeczy. Pierwsza - nikt nie sprząta pokoi przed zmianą lokatorów, a sprzątanie łazienki ogranicza się do wyniesienia śmieci i polania wszystkiego wodą z węża bez detergentów. Druga to współlokatorzy... Mimo wszelkich środków typu pułapki, pasty, proszki, kredy, non-stop pokoje nawiedzane są przez mrówki, pająki, karaluchy i... jaszczurki.
Wytrzymałam w tym miejscu dwa długie miesiące, kierowana wyrzutami sumienia z powodu i tak wysokich wydatków wyjazdowych. Większość Europejczyków wyprowadziła się już po pierwszym tygodniu albo od razu mieli inne mieszkania załatwione przez profesorów.
sobota, 8 czerwca 2013
niedziela, 2 czerwca 2013
10 tajwańskich rzeczy, których nie wiecie
- Tajwańczycy nie witają się. Nie mówią sobie "cześć" lub "dzień dobry". Twierdzą, że wynika to z nieśmiałości, ale po prostu nie ma tu takiego zwyczaju. W praktyce wygląda to tak, że ktoś wchodzi do pokoju i mówi: szukam kogoś, albo chcę coś pożyczyć.
- Tajwańczycy są dumni ze swojej narodowości. W szkołach co tydzień odbywa się dzień flagi, podczas którego krzewi się patriotyzm. Podczas gdy my podśmiewamy się, że coś jest "made in Taiwan" oni śmieją się z Chin kontynentalnych, a to co jest tajwańskie jest uważane za porządne i dobrej jakości.
- Na Tajwanie nie jada się surowych warzyw, jedynie sparzone. Jedna pani, którą poznaliśmy w knajpie, goszcząca u siebie Polkę, jak usłyszała skąd jesteśmy, to stwierdziła: "wy jecie surowe warzywa", takim tonem jakby mówiła "wy jecie ludzkie mięso".
- Starsi ludzie są tu niezwykle pogodni i dbają o swoją kondycję. Często grupki dobrze dorosłych osób spotykają się w parkach i ośrodkach rekreacyjnych, żeby wspólnie poćwiczyć tai chi, jogę, albo pomedytować. Nie patrzą też wilkiem na młodych ani na takie dziwadła jak my, białasy.
- W wielu miejscach np. na szyldach można zobaczyć angielskie napisy, jednak są one często efektem zupełnie bezsensownego tłumaczenia.
- Na wyspie panuje moda na zdrowy tryb życia i odżywiania. Koledzy z przejęciem opowiadają dlaczego należy jeść konkretne produkty, często łykają też suplementy lub piją zdrowotne napoje.
- Woda jest lekarstwem na wszystko. Miejscowi piją duże ilości ciepłej wody i herbaty. Boli cię głowa? Jesteś chory lub zmęczony? Masz problemy z cerą? Pij wodę!
- Jeśli oczekujemy od Tajwańczyka pomocy, musimy się liczyć z tym że otrzymamy ją teraz albo nigdy. Pojęcie "później" nie istnieje.
- Tajwańczycy śmieją się głównie kiedy są zażenowani. Zwykle zachowują kamienną powagę, nawet kiedy sytuacja tego nie wymaga. Dlatego mają mało zmarszczek mimicznych ;)
- Przeciętny Tajwańczyk nigdy nie był za granicą, a jeśli już to odwiedził raczej Stany niż jakieś azjatyckie państwo.
piątek, 31 maja 2013
Widok z okna
Niestety, oprócz pięknych świątyń i ewidentnie harmonijnego Tajpej 101, Tajwan raczej nie zachwyci amatorów architektury. Pojęcie urbanistyki, planowania, ładu przestrzennego i generalnie "miasta dla ludzi" wydaje się być tu kompletnie nieznane albo niezrozumiałe. W Europie przywykliśmy do rygorystycznego podziału na jezdnie, chodniki, ścieżki rowerowe i jakiekolwiek próby "abordażu" z jednej strefy na drugą (samochody na chodnikach, rowerzyści na chodnikach... i jezdniach, piesi na ścieżkach rowerowych) wywołują natychmiastową reakcję obronną "prawowitych użytkowników". Oczekujemy, że miasto będzie się rozrastać zgodnie z jakąś spójną koncepcją w skali makro i mikro. Nawet w centrum spodziewamy się trochę wolnej przestrzeni i takich naturalnych udogodnień i upiększeń jak ławki, kosze na śmieci, latarnie, fontanny, trawniki, krzewy i na co tam jeszcze budżetu starczy. Generalnie chcemy, żeby było "ładnie" i żeby był względny porządek. Jak to wychodzi w praktyce, to pewnie każdy sam może powiedzieć, ale mam wrażenie, że powoli dociera do nas, że przestrzeń miejska stanowi o jakości naszego codziennego życia. I jesteśmy gotowi starać się o poprawę wyglądu tej przestrzeni.
Na Tajwanie wydaje mi się, że mało kogo to rusza. Jak już parę razy wspominaliśmy - nogi służą do trzymania skutera, a nie do chodzenia. W związku z tym nie ma problemu chodników, ławek, koszy na śmieci - mało komu są potrzebne. O ile jeszcze w Tajpej jako-tako da się poruszać pieszo, tak w pozostałych miastach, w których byliśmy (Hsinchu, Kaohsiung, Taichung, Hualien) to jest bezustanny slalom w trzech wymiarach. W trzech, bo domy stojące wzdłuż ulicy mają często ok. 10m szerokości, każdy z nich ma podcienie z knajpą albo sklepikiem, ale każde ma zrobioną wylewkę na innym poziomie. Dlaczego?! Oto jest pytanie. Dzięki temu nie trzeba chodzić na aerobik - step jest za darmo.
Same te budynki są zwykle betonowymi klockami, każdy innej wysokości, w kolorze ogólnoburym. Na dachu sterczą zbiorniki na wodę i gigantyczne banery reklamowe na stalowych albo bambusowych rusztowaniach. Na elewacjach - znane z każdego azjatyckiego filmu - krzykliwe szyldy, każdy w innym kolorze, z innym liternictwem, na innej wysokości i innej wielkości. Wzdłuż ulic ciągną się na słupach zwoje kabli, tworząc malownicze kłęby w miejscach rozgałęzień.
Na nowszych osiedlach wznoszone są gigantyczne wieżowce, po dwadzieścia i więcej pięter, ale również bez szczególnego polotu, najczęściej w formie wariacji na temat wysokiego kloca. Czasem wzdłuż kloca lecą jakieś estetyzujące filary, często jest zwieńczony kolonialną kopułą, która pasuje jak pięść do nosa, ale jak by nie pudrować, to jest to betonowy kloc. I nie wierzę, że ze względu na trzęsienia ziemi nie można stawiać jednocześnie ładnych i wytrzymałych budynków.
A zatem, obiecany niektórym jakiś czas temu, widok z naszego balkonu (kliknij, żeby powiększyć).
Po lewej stronie rozbudowuje się nowe osiedle. Po prawej szczątki zieleni od drugiej strony podgryzane już przez kolejne budowy. W oddali widać piękne góry, przy lepszej pogodzie pojawiają się jeszcze kolejne, wyższe pasma.
Dla porównania, jeszcze kilka miejskich widoków.
Na Tajwanie wydaje mi się, że mało kogo to rusza. Jak już parę razy wspominaliśmy - nogi służą do trzymania skutera, a nie do chodzenia. W związku z tym nie ma problemu chodników, ławek, koszy na śmieci - mało komu są potrzebne. O ile jeszcze w Tajpej jako-tako da się poruszać pieszo, tak w pozostałych miastach, w których byliśmy (Hsinchu, Kaohsiung, Taichung, Hualien) to jest bezustanny slalom w trzech wymiarach. W trzech, bo domy stojące wzdłuż ulicy mają często ok. 10m szerokości, każdy z nich ma podcienie z knajpą albo sklepikiem, ale każde ma zrobioną wylewkę na innym poziomie. Dlaczego?! Oto jest pytanie. Dzięki temu nie trzeba chodzić na aerobik - step jest za darmo.
Same te budynki są zwykle betonowymi klockami, każdy innej wysokości, w kolorze ogólnoburym. Na dachu sterczą zbiorniki na wodę i gigantyczne banery reklamowe na stalowych albo bambusowych rusztowaniach. Na elewacjach - znane z każdego azjatyckiego filmu - krzykliwe szyldy, każdy w innym kolorze, z innym liternictwem, na innej wysokości i innej wielkości. Wzdłuż ulic ciągną się na słupach zwoje kabli, tworząc malownicze kłęby w miejscach rozgałęzień.
Na nowszych osiedlach wznoszone są gigantyczne wieżowce, po dwadzieścia i więcej pięter, ale również bez szczególnego polotu, najczęściej w formie wariacji na temat wysokiego kloca. Czasem wzdłuż kloca lecą jakieś estetyzujące filary, często jest zwieńczony kolonialną kopułą, która pasuje jak pięść do nosa, ale jak by nie pudrować, to jest to betonowy kloc. I nie wierzę, że ze względu na trzęsienia ziemi nie można stawiać jednocześnie ładnych i wytrzymałych budynków.
A zatem, obiecany niektórym jakiś czas temu, widok z naszego balkonu (kliknij, żeby powiększyć).
Po lewej stronie rozbudowuje się nowe osiedle. Po prawej szczątki zieleni od drugiej strony podgryzane już przez kolejne budowy. W oddali widać piękne góry, przy lepszej pogodzie pojawiają się jeszcze kolejne, wyższe pasma.
Dla porównania, jeszcze kilka miejskich widoków.
| Jedna z setek bocznych uliczek w centrum |
| Nasza ulica baj najt |
| Schodek w górę, schodek w dół, lastryko, beton, terakota... Pseudo-chodnik w podcieniach ... |
| ... ale tak naprawdę wszyscy wiedzą, że to parking ... |
| ... bo piesi chodzą ulicą. |
| Wysepka Qijin, wybrzeże Kaohsiung. |
sobota, 25 maja 2013
Spacer po czubkach drzew
Dziś powrót do Singapurskich klimatów
Szkoda byłoby być 150 km od równika i nie zobaczyć lasu równikowego. Centralną część wyspy zajmuje rezerwat, na terenie którego zbudowano cztery zbiorniki zaopatrujące miasto w świeżą wodę. Najstarszy z nich, MacRitchie Reservoir, powstały w połowie XIX w. pod kolonialnymi rządami Anglików, przylega do miasta i jest miejscem obleganym przez spacerowiczów, biegaczy i szkółki wioślarskie. My wybraliśmy się na 12-kilometrowy szlak wokół jeziora.
Już nad brzegiem, niedaleko przystanku autobusowego, urzędowało stadko małp, co Ewelina skomentowała "Zobacz, zupełnie jak wiewiórki!". I rzeczywiście, może nie łasiły się o orzeszki (zresztą, jak informują znaki, karmienie jest karane wysoką grzywną, jak każde niestosowne zachowanie w Singapurze), ale wspinały na drzewa, grzebały w trocinach, gmerały w ziemi i generalnie zajmowały sobą, siedząc przy tym tuż obok chodnika. Albo i na nim.
Nie należy jednak sądzić, że są to milusie pluszowe przytulaśne maskotki, co Ewe nieprzyjemnie sobie uświadomiła, kiedy już na leśnej ścieżce zbliżyła się nadto do małpy, a ta, siedząc na gałęzi na wysokości jej twarzy, wykrzywiła się i skrzeknęła Ewelinie prosto do ucha. Odniosła zamierzony efekt, bo Pani Ha odskoczyła i stropiona ruszyła dalej mówiąc, że "małpa na nią krzyczy".
Piaszczysta ścieżka szybko zanurza się w gąszcz lasu, co dodatkowo potęguje duchotę. Powietrze tkwi w bezruchu, woda z jeziora paruje i skrapla się nam na plecach. Ale przytłaczająca masa zieleni w połączeniu z wszechobecnym cykaniem owadów robi niesamowite wrażenie.
Po godzinie spaceru docieramy do posterunku straży leśnej, gdzie można uzupełnić wodę - dwie półlitrowe butelki zdążyliśmy już opróżnić. Z nowym zapasem ruszamy do punktu kulminacyjnego wycieczki - 250-metrowego mostu wiszącego (HSBC Treetop Walk) wzniesionego ponad lasem. Wąziutki na jedną osobę, wydaje się być pomostem nad morzem zieleni.
Po zejściu z mostu jesteśmy w połowie drogi. Początkowo piaszczysta, po jakimś zaczyna wieść drewnianymi chodnikami nad terenami podmokłymi. Spotykamy jeszcze parę jaszczurów wygrzewających się na słońcu, a w końcu wracamy w tereny cywilizowane. Szlak wiedzie między brzegiem zbiornika a polem golfowym, by na ostatniej, półgodzinnej prostej przeprowadzić nas znów pomostami nad wodą, wzdłuż brzegu, aż do punktu wyjścia.
Szkoda byłoby być 150 km od równika i nie zobaczyć lasu równikowego. Centralną część wyspy zajmuje rezerwat, na terenie którego zbudowano cztery zbiorniki zaopatrujące miasto w świeżą wodę. Najstarszy z nich, MacRitchie Reservoir, powstały w połowie XIX w. pod kolonialnymi rządami Anglików, przylega do miasta i jest miejscem obleganym przez spacerowiczów, biegaczy i szkółki wioślarskie. My wybraliśmy się na 12-kilometrowy szlak wokół jeziora.
Już nad brzegiem, niedaleko przystanku autobusowego, urzędowało stadko małp, co Ewelina skomentowała "Zobacz, zupełnie jak wiewiórki!". I rzeczywiście, może nie łasiły się o orzeszki (zresztą, jak informują znaki, karmienie jest karane wysoką grzywną, jak każde niestosowne zachowanie w Singapurze), ale wspinały na drzewa, grzebały w trocinach, gmerały w ziemi i generalnie zajmowały sobą, siedząc przy tym tuż obok chodnika. Albo i na nim.
Nie należy jednak sądzić, że są to milusie pluszowe przytulaśne maskotki, co Ewe nieprzyjemnie sobie uświadomiła, kiedy już na leśnej ścieżce zbliżyła się nadto do małpy, a ta, siedząc na gałęzi na wysokości jej twarzy, wykrzywiła się i skrzeknęła Ewelinie prosto do ucha. Odniosła zamierzony efekt, bo Pani Ha odskoczyła i stropiona ruszyła dalej mówiąc, że "małpa na nią krzyczy".
Piaszczysta ścieżka szybko zanurza się w gąszcz lasu, co dodatkowo potęguje duchotę. Powietrze tkwi w bezruchu, woda z jeziora paruje i skrapla się nam na plecach. Ale przytłaczająca masa zieleni w połączeniu z wszechobecnym cykaniem owadów robi niesamowite wrażenie.
Po godzinie spaceru docieramy do posterunku straży leśnej, gdzie można uzupełnić wodę - dwie półlitrowe butelki zdążyliśmy już opróżnić. Z nowym zapasem ruszamy do punktu kulminacyjnego wycieczki - 250-metrowego mostu wiszącego (HSBC Treetop Walk) wzniesionego ponad lasem. Wąziutki na jedną osobę, wydaje się być pomostem nad morzem zieleni.
Po zejściu z mostu jesteśmy w połowie drogi. Początkowo piaszczysta, po jakimś zaczyna wieść drewnianymi chodnikami nad terenami podmokłymi. Spotykamy jeszcze parę jaszczurów wygrzewających się na słońcu, a w końcu wracamy w tereny cywilizowane. Szlak wiedzie między brzegiem zbiornika a polem golfowym, by na ostatniej, półgodzinnej prostej przeprowadzić nas znów pomostami nad wodą, wzdłuż brzegu, aż do punktu wyjścia.
sobota, 18 maja 2013
Bōlán
To typowy mini-dialog, który odbywamy z tymi Tajwańczykami, którzy przełamią tremę i dystans. A nie jest ich mało - zdarza się, że zupełnie nieznajomi zagadują nas na ulicy. Czasem, zwłaszcza poza dużym miastem, gdzie pewnie jesteśmy jeszcze większą atrakcją, ktoś potrafi się wychylić z okna samochodu albo z drugiej strony ulicy krzyczeć "Hello!", czasem po prostu mijając nas ktoś powie "Hi!". Zdarzają się jednak dłuższe rozmowy i - to jest niesamowite - zawsze, kiedy mówimy, że jesteśmy z Polski, wywołuje to jakieś skojarzenia. Oto kilka scenek:
Zhudong - nieduże miasteczko na wschód od Hsinchu. Poszliśmy tam na spacer, wdrapać się na jakąś górkę. Koniec świata, wąska droga między wzgórzami, w końcu jeszcze węższa pod górę, między uprawami. Nikogo na horyzoncie. Weszliśmy, zobaczyliśmy widok, schodząc usiedliśmy na murku przy drodze i odpoczywamy. Po jakimś czasie z góry zjeżdża skuter (a jakże!) z parą ok. czterdziestolatków. Zatrzymują się, zagadują. Kiedy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski pytają "A znacie Krzysztofa [Polaka]?". Znamy, znamy. Okazuje się, że to wspólny znajomy. Mały świat.
Sun Moon Lake, świątynia Wen Wu. Para też koło czterdziestki, pani zagaduje mnie skąd jesteśmy, co tu robimy. Widząc, że wchodzimy po schodach z lewej strony świątyni, opowiada, że Tajwańczycy wchodziliby po prawej - stroną tygrysa, a schodzili po lewej - stroną smoka. Później pytają, czy chcemy, żeby nam zrobili zdjęcie i opowiadają jeszcze parę rzeczy o świątyni.
Stacja HSR w Hsinchu, wybieramy się do Singapuru. Pani po pięćdziesiątce kojarzy Polskę z papieżem. Pyta czy większość Polaków to katolicy i czy mamy jeszcze komunizm. Wyjaśniamy, że już ponad dwadzieścia lat jest demokracja.
Kaohsiung, drugie największe miasto Tajwanu, port na południowym końcu wyspy. Dwudziestoparoletnia dziewczyna zagaduje nas i parę znajomych, kiedy stoimy na przejściu dla pieszych. Na słowo "Polska" mówi "Dzień dobry! Dobrze, dobrze!" i opowiada, ze ma znajomą Polkę. Dopytuje co tu robimy, jak nam się podoba. Na koniec - bez narzucania się - wręcza angielskojęzyczną wersję "Strażnicy" i "Przebudźcie się!".
W indyjskiej knajpce, niedaleko nas, niesamowicie uprzejmy (tajwański) właściciel pyta nas na pożegnanie skąd jesteśmy. Na wieść, że z Polski, nuci "Poloneza A-dur" Chopina.
W akademiku Eweliny, tajwańska dziewczyna na korytarzu na wieść o Polsce mówi "No oczywiście, Kowalski [jakieś nazwisko, którego E. nie pamięta] to mój ulubiony piłkarz!". Inna osoba na "Poland" odpowiedziała "A, Warsaw, stolica!"
Wszystkie sytuacje, które się nam w ten sposób przytrafiły były niesamowicie sympatyczne i widać było prawdziwe, nienachalne zainteresowanie tutejszych ludzi. Za każdym razem, kiedy nas o to pytają, mówimy, że jesteśmy z Polski - niech wiedzą, że nie tylko z Ameryki (Měiguó) do nich przyjeżdżają, co jest często pierwszym skojarzeniem z białą twarzą.
Zhudong - nieduże miasteczko na wschód od Hsinchu. Poszliśmy tam na spacer, wdrapać się na jakąś górkę. Koniec świata, wąska droga między wzgórzami, w końcu jeszcze węższa pod górę, między uprawami. Nikogo na horyzoncie. Weszliśmy, zobaczyliśmy widok, schodząc usiedliśmy na murku przy drodze i odpoczywamy. Po jakimś czasie z góry zjeżdża skuter (a jakże!) z parą ok. czterdziestolatków. Zatrzymują się, zagadują. Kiedy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski pytają "A znacie Krzysztofa [Polaka]?". Znamy, znamy. Okazuje się, że to wspólny znajomy. Mały świat.
Sun Moon Lake, świątynia Wen Wu. Para też koło czterdziestki, pani zagaduje mnie skąd jesteśmy, co tu robimy. Widząc, że wchodzimy po schodach z lewej strony świątyni, opowiada, że Tajwańczycy wchodziliby po prawej - stroną tygrysa, a schodzili po lewej - stroną smoka. Później pytają, czy chcemy, żeby nam zrobili zdjęcie i opowiadają jeszcze parę rzeczy o świątyni.
Stacja HSR w Hsinchu, wybieramy się do Singapuru. Pani po pięćdziesiątce kojarzy Polskę z papieżem. Pyta czy większość Polaków to katolicy i czy mamy jeszcze komunizm. Wyjaśniamy, że już ponad dwadzieścia lat jest demokracja.
Kaohsiung, drugie największe miasto Tajwanu, port na południowym końcu wyspy. Dwudziestoparoletnia dziewczyna zagaduje nas i parę znajomych, kiedy stoimy na przejściu dla pieszych. Na słowo "Polska" mówi "Dzień dobry! Dobrze, dobrze!" i opowiada, ze ma znajomą Polkę. Dopytuje co tu robimy, jak nam się podoba. Na koniec - bez narzucania się - wręcza angielskojęzyczną wersję "Strażnicy" i "Przebudźcie się!".
W indyjskiej knajpce, niedaleko nas, niesamowicie uprzejmy (tajwański) właściciel pyta nas na pożegnanie skąd jesteśmy. Na wieść, że z Polski, nuci "Poloneza A-dur" Chopina.
W akademiku Eweliny, tajwańska dziewczyna na korytarzu na wieść o Polsce mówi "No oczywiście, Kowalski [jakieś nazwisko, którego E. nie pamięta] to mój ulubiony piłkarz!". Inna osoba na "Poland" odpowiedziała "A, Warsaw, stolica!"
Wszystkie sytuacje, które się nam w ten sposób przytrafiły były niesamowicie sympatyczne i widać było prawdziwe, nienachalne zainteresowanie tutejszych ludzi. Za każdym razem, kiedy nas o to pytają, mówimy, że jesteśmy z Polski - niech wiedzą, że nie tylko z Ameryki (Měiguó) do nich przyjeżdżają, co jest często pierwszym skojarzeniem z białą twarzą.
wtorek, 14 maja 2013
O muzyce
Na Tajwanie młodzi ludzie słuchają głownie miejscowej muzyki - łagodnych "hymnowatych" ballad, popu lub różnych elektronicznych gatunków. Jednak najważniejsza tutaj jest cała otoczka towarzysząca gwiazdkom. Mają one niemal identyczny styl. Dziewczyny wykreowane są zazwyczaj na przesłodzone lolitki o ogromnych oczach (zasługa kolorowych soczewek) i wygładzonych fryzurkach, a chłopcy przypominają gwiazdy boysbandów z lat 90tych. Głosiki mają przeciętne, ale i tak są uwielbiani. Do najbardziej popularnych odmian azjatyckiej muzyki należy K-pop, czyli koreańskie disco - "Gangnam Style" zna chyba każdy. Oprócz tego, fenomenem na skalę światową są gwiazdy w stylu Hatsune Miku, czyli całkowicie sztucznie wykreowane postacie śpiewające dzięki komputerowemu syntezatorowi. Dają one nawet holograficzne koncerty.
Kluby serwują mieszankę muzyki azjatyckiej i zagranicznych przebojów. Nastawienie do cudzoziemców jest raczej pozytywne o czym świadczy zazwyczaj darmowy wstęp. Normalnie wejście nie jest tanie, za to wydane pieniądze można "odebrać" w barze w formie drinków. Zabawa jest dość spokojna, ludzie raczej podrygują niż tańczą w grupkach na parkiecie, mało kto pali, co jest oczywiście pozytywne. Około godziny pierwszej pojawia się na scenie atrakcja wieczoru, a mianowicie team tancerek, który odstawia balet do kilku kawałków. Ich każdy ruch i gest jest wystudiowany i doprowadzony do perfekcji. Mają skąpe stroje, ale się nie rozbierają, przynajmniej nie tam gdzie mieliśmy okazję być. Pod sceną ślinią się panowie (większość klubowiczów), ale chociaż nie ma żadnej barierki wszyscy trzymają ręce przy sobie - przestrzegają zasad. Dla odmiany biali faceci chcący poderwać miejscową dziewczynę mogą zarobić guza. Miejscowym nie podoba się zagraniczna konkurencja.
Kluby serwują mieszankę muzyki azjatyckiej i zagranicznych przebojów. Nastawienie do cudzoziemców jest raczej pozytywne o czym świadczy zazwyczaj darmowy wstęp. Normalnie wejście nie jest tanie, za to wydane pieniądze można "odebrać" w barze w formie drinków. Zabawa jest dość spokojna, ludzie raczej podrygują niż tańczą w grupkach na parkiecie, mało kto pali, co jest oczywiście pozytywne. Około godziny pierwszej pojawia się na scenie atrakcja wieczoru, a mianowicie team tancerek, który odstawia balet do kilku kawałków. Ich każdy ruch i gest jest wystudiowany i doprowadzony do perfekcji. Mają skąpe stroje, ale się nie rozbierają, przynajmniej nie tam gdzie mieliśmy okazję być. Pod sceną ślinią się panowie (większość klubowiczów), ale chociaż nie ma żadnej barierki wszyscy trzymają ręce przy sobie - przestrzegają zasad. Dla odmiany biali faceci chcący poderwać miejscową dziewczynę mogą zarobić guza. Miejscowym nie podoba się zagraniczna konkurencja.
| Taki styl panuje w stolicy |
piątek, 10 maja 2013
Baaaczność!
Za pierwszym razem przez Park Wolności wokół Hali Pamięci Czang Kaj-Szeka tylko przeszliśmy, nie wchodząc do wnętrza budynku. Przy okazji wycieczki bardziej na spokojnie stwierdziliśmy, że nawet mimo dość odstraszającego parkanu wokół (trwał remont części elewacji) chyba jednak monument jest otwarty i zajrzymy do środka.
Na niższych piętrach znajduje się wystawa opisująca życie generała, ale schody, kiedy są otwarte, prowadzą bezpośrednio do komnaty z brązowym posągiem Czanga siedzącego z uśmiechem na twarzy pod słońcem Kuomintangu.
Po obu stronach pomnika, na podestach, stoją gwardziści - każdego dnia z innego rodzaju wojsk. Napięci jak struny, w idealnym bezruchu, z wzrokiem wbitym przed siebie wyglądają jak posągi. I nie jest to normalny bezruch brytyjskich żołnierzy ani tym bardziej dyskretne ruchy (i spacery) warszawskiej warty przed Pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Tajwańczycy w ogóle się nie ruszają - nawet nie mrugają. Jeden z tych, których widzieliśmy miał policzek cały mokry od cieknących łez, ale nawet nie ruszył okiem.
O pełnych godzinach odbywa się zmiana warty. Zebrany tłumek turystów i gapiów jest przesuwany za barierki z taśmy i kiedy tylko słychać pierwsze uderzenie podkutych butów, wszyscy zamierają w milczeniu, słychać tylko trzaski aparatów.
Krok defiladowy jest fenomenem na skalę światową. Przy ugięciu prawej nogi następuje zatrzymanie z wyciągniętą lewą ręką, przy ugięciu lewej nogi - lewa ręka jest naprężona przy boku. Po chwili następuje lekkie przechylenie do przodu i tupnięcie, po czym momentalnie znów zamarcie ze zgiętą drugą nogą. W związku z tym cała zmiana warty trwa piętnaście minut, ale nieustannie czuć wręcz parującą siłę woli.
Dodatkowo, sam moment wymiany wartowników obejmuje wielokrotną prezentację broni na rozmaite sposoby. Zauważyliśmy, że zależnie od rodzaju wojsk, było to przerzucanie się karabinami między sobą, kręcenie nimi młynka, owijanie ich za głową lub przerzucanie kopnięciem w kolbę za plecami z lewej do prawej ręki. No i oczywiście ogólne podnoszenie, opuszczanie i wystawianie przed siebie.
Kiedy wreszcie na podestach stanie nowych dwóch dzielnych chłopaków, schodząca trójka dokonuje "w tył zwrot" i - jeśli jak my stoisz na środku - maszeruje z wyciągniętymi pięściami i świdrującym wzrokiem wprost na ciebie. Niesamowity widok, ale i bardzo deprymujące wrażenie.
Do tej pory widzieliśmy zmiany warty w trzech miejscach pamięci - tutaj, w Hali Pamięci Sun Yat Sena i w Świątyni Narodowych Męczenników Rewolucji. Za każdym razem wyglądało to trochę inaczej, ale też za każdym razem ruchy były doprowadzone do perfekcji.
| Brama do Parku Wolności |
| Hala Pamięci |
Po obu stronach pomnika, na podestach, stoją gwardziści - każdego dnia z innego rodzaju wojsk. Napięci jak struny, w idealnym bezruchu, z wzrokiem wbitym przed siebie wyglądają jak posągi. I nie jest to normalny bezruch brytyjskich żołnierzy ani tym bardziej dyskretne ruchy (i spacery) warszawskiej warty przed Pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Tajwańczycy w ogóle się nie ruszają - nawet nie mrugają. Jeden z tych, których widzieliśmy miał policzek cały mokry od cieknących łez, ale nawet nie ruszył okiem.
O pełnych godzinach odbywa się zmiana warty. Zebrany tłumek turystów i gapiów jest przesuwany za barierki z taśmy i kiedy tylko słychać pierwsze uderzenie podkutych butów, wszyscy zamierają w milczeniu, słychać tylko trzaski aparatów.
Krok defiladowy jest fenomenem na skalę światową. Przy ugięciu prawej nogi następuje zatrzymanie z wyciągniętą lewą ręką, przy ugięciu lewej nogi - lewa ręka jest naprężona przy boku. Po chwili następuje lekkie przechylenie do przodu i tupnięcie, po czym momentalnie znów zamarcie ze zgiętą drugą nogą. W związku z tym cała zmiana warty trwa piętnaście minut, ale nieustannie czuć wręcz parującą siłę woli.
Dodatkowo, sam moment wymiany wartowników obejmuje wielokrotną prezentację broni na rozmaite sposoby. Zauważyliśmy, że zależnie od rodzaju wojsk, było to przerzucanie się karabinami między sobą, kręcenie nimi młynka, owijanie ich za głową lub przerzucanie kopnięciem w kolbę za plecami z lewej do prawej ręki. No i oczywiście ogólne podnoszenie, opuszczanie i wystawianie przed siebie.
Kiedy wreszcie na podestach stanie nowych dwóch dzielnych chłopaków, schodząca trójka dokonuje "w tył zwrot" i - jeśli jak my stoisz na środku - maszeruje z wyciągniętymi pięściami i świdrującym wzrokiem wprost na ciebie. Niesamowity widok, ale i bardzo deprymujące wrażenie.
Do tej pory widzieliśmy zmiany warty w trzech miejscach pamięci - tutaj, w Hali Pamięci Sun Yat Sena i w Świątyni Narodowych Męczenników Rewolucji. Za każdym razem wyglądało to trochę inaczej, ale też za każdym razem ruchy były doprowadzone do perfekcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

